Nagranie rozmowy o książce z Izą Patek w Radiu ZACHÓD
Marilyn Monroe, FRAGMENTY wiersze, zapiski intymne, listy. Wydawnictwo Literackie, 2011
"To wcale nie jest śmieszne, kiedy znasz samego siebie zbyt dobrze albo sądzisz, że znasz - każdy potrzebuje trochę próżności, aby przetrwać i podnieść się po porażkach" [MM]
Nawet nie wiedziałam, że jest aż tyle zdjęć z Marilyn Monroe czytającą, trzymającą czy wybierającą książki. Nie sądzę również, że była to tylko poza udawana, dokładnie zaplanowana zagrywka medialna - sama nie posiadam żadnego zdjęcia w trakcie czytania - a przecież książki walają się w całym moim domu i goszczą w moich rękach każdego dnia.
A więc Marilyn lubiła czytać. Czytała dużo i to dobrych autorów: Nabokowa, Flauberta, Becketta, Hemingwaya, Josepha Conrada, Camusa, moich ulubionych Steinbecka i Whitmana.
Lubiła również spotykać się z pisarzami. Bardzo ceniła sobie Dylana Thomasa, którego spotkała w 1950 roku. W roku 1959 natomiast wydała w swojej posiadłości obiad na cześć Karen Bliksen. Literatura była dla niej ważnym elementem zdobywania doświadczenia. Poezja uczyła wrażliwości. To dlatego sama pisała. Ta kobieta - ideał - marzenie każdego mężczyzny - spełnienie seksualnych fantazji - pisała wiersze. Bolesne, smutne, egzystencjalne. Kilka z nich zachowało się i dlatego dzisiaj gdy Marilyn skończyłaby 85 lat - możemy te wiersze przeczytać. Podobnie notatki, strony dziennika intymnego, listy czy komentarze do roli.
To jest druga strona Marilyn. Strona o wiele ciekawsza i prawdziwsza niż to, co wykreował świat kamer. Mnie się ta Marilyn podoba. Jej uroda wewnętrzna robi na mnie większe wrażenie niż piękno ciała.
|
|
Cień Hipokratesa. Tajemnice Domu Medycyny, Newman David H., Znak, 2010
Książka dla każdego, bo przecież zdrowie to temat odpowiedni dla obecnych pacjentów - dla przyszłych pacjentów - dla obecnych lekarzy - dla przyszłych lekarzy. Pozycja uświadamiająca jak bardzie wiele jest niewiadomych w obecnej medycynie. Lekarze nic nie wiedza na temat bólu brzucha, stwardnienia rozsianego czy bólu pleców. Nie potrafią leczyć. Mitem jest reanimacja, defibrylacja i resuscytacja - zjawiska które powodują przywracanie do życia. Nie uświadamiamy bowiem sobie, że gdy stanie serce to człowiek już umarł. Dzieli się jednak takich ludzi na zdrowych-umarłych i chorych -umarłych. Do życia w malutkim procencie wracają ci zdrowi-umarli. A efekt placebo - który potwierdza, że podawanie zwykłej wody leczy. A efekt - nocebo, czyli alergia na lek, który w rzeczywistości był wodą?
Mitem jest również skuteczność badań mammograficznych. Promenowanie mammografu wywołuje u kilku procent badanych kobiet - raka. Dlaczego się jednak ten sposób badań stosuje - rządy wielu krajów wolą coś robić niż nic. I tym czymś są badania.
Obalone mity, tematy do przemyślenia. Polecam książkę!
|
|
Dariusz Rosiak. Żar. Oddech Afryki, Wydawnictwo Otwarte 2010
Afryka jakiej nie znamy. Nie znamy, bo w niej nie bywamy, bo posługujemy się stereotypowym widzeniem czarnego lądu. Zakładamy, że wiemy o wszelkich bolączkach ludzi Afryki, że wiemy jak im pomóc, że powinniśmy zmienić ich życie. W gruncie rzeczy - książka ta uświadamia nam - w jak wielkim jesteśmy błędzie. Otóż Afryka rządzi się innymi prawami, niż Europa. To kontynent odmienny zwłaszcza dzięki ludziom, którzy myślą i postępują po swojemu. Kochają ziemię, mają specyficzne podejście do śmierci, są wrażliwi i otwarci. Robią co chcą, bo ważna jest dla nich wolność. Jeśli pracują - to w taki sposób jaki im odpowiada. Jeśli są biedni, to też jest to najczęściej ich wybór. Toczą wojny, bo tak było zawsze. Są różni. Czyści i brudni, dobrzy i żli, gościnni i zdystansowani. Mają swoich przywódców jak choćby Mugabe w Zimbabwe - postać, którą autor książki przybliża z wyjątkowym skupieniem. Chce zrozumieć tego człowieka - wielkiego narcyza, mordercę, a jednocześnie organizatora, dobroczyńcę kraju. A zrozumienie rodzi się tylko poprzez wnikliwość obserwacji i pozbycie się myślenia szufladkowego. Dariusz Rosiak otwiera wszystkim oczy na prawdę Afryki. Mnie ta prawda fascynuje. Polecam ten wyjątkowy - żar!
|
|
Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Świat Książki 2010
Kosa w ujęciu Głowy. Kosiński erotoman, niszczyciel kobiet, kreator literatury. A Głowacki próbuje to opisać w postaci współczesnej fabuły. Świetna biografia jakiej pozazdrościć może każdy pisarz.
|
|
Bianka Rolando, Modrzewiowe korony, Biuro Literackie, 2010
Mocna poezja. Intelektualna gra z czytelnikiem. Przygoda poetycka jaką trzeba przeżyć. Rozmach, perspektywa, prawda. Polecam przeczytać kilka razy.
|
|
Jakub Żulczyk, Instytut, Znak, 2010
Strach, szok, poczucie bezradności. Gra o wszystko. Powieść wciągająca w świat uwięzionych. Siła woli i zwycięstwo determinacji. Prawdziwa wojna nerwów. A jakie zakończenie!
|
|
Ewa Woydyłło, Buty szczęścia, Wydawnictwo Literackie, 2010
Autorka namawia do pomyślenia o sobie jak o kimś, kto zasługuje na pogodne i ciekawe życie. Jak zrealizować taki plan, jak radzić sobie z depresją, nieśmiałością? W poradniku padają konkretne odpowiedzi. Niby nic nowego, a jednak zawsze warto dobrze pomyśleć o sobie samym.
|
|
Robin Dunbard. Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek? Na tropie zagadek ewolucji, Wydawnictwo Literackie, 2010
Ewolucja rządzi wszystkim. Dzieje naszego indywidualnego pochodzenia wpływają na to ilu mamy przyjaciół, z iloma ludźmi wchodzimy w bliskie kontakty. Liczba Dunbara to zaledwie 150 osób, dlaczego? Te i inne rozwiązania zagadek przynosi właśnie ta książka.
|
|
Katarzyna Michalak. Rok w Poziomce, Wydawnictwo Literackie, 2010
Powieść dobra dla każdego, a najlepsza dla kobiety. Wzruszenie, marzenie, spełnienie. Wszystko kończy się dobrze, więc nastrój można sobie poprawić. Czyta się jednym tchem. Bo i myśleć przy tym tekście nie trzeba. Świetny język.
|
|
Amon - piękne imię oznaczające egipskiego boga, sprawcę niewidzialnego wiatru, urodzaju i płodności. Tak nazwali swojego syna niemieccy rodzice, nie przeczuwając wcale, że będzie to imię nosił w połączeniu z określeniami typu "kat Żydów", "drapieżnik w trakcie łowów". W książce tej, która przybliża sylwetkę sprawcy masowych mordów Żydów, mamy wiele nazwisk ofiar i tych, którzy przeżyli pobyt w zarządzanym przez Amona Leopolda Götha obozie pracy w Płaszowie (zbudowanym na byłym cmentarzu żydowskim, który to obóz zwano miasteczkiem żywych trupów).
Są także inne obozy, choćby w Bełżcach, Sobiborze, Końskowoli, Budziszynie, Szebnie, Dahau, Auschwitz czy Treblince. Podobnie jak inni mordercy - choćby Will Ecknert i Alois Zugsberger.
W 1943 roku Göth spotkał Oscara Schindlera, którego historię wszyscy znamy. Obaj przypadli sobie do gustu, a Schindler wiedział, że z tym człowiekiem trzeba żyć w zgodzie. Tylko wtedy będzie w stanie uratować pracowników swoje firmy. I rzeczywiście tak było. Opłacał Götha, dawał mu wykwintne prezenty, a dzięki temu miał spokój i zabezpieczenie dla swoich pracowników.
Książka pokazuje mechanizm przemiany człowieka z natury agresywnego, jakim Göth był, w zwyrodnialca, który urządzał sobie seanse śmierci. Ubierał wtedy biały szalik i czapkę z daszkiem - był to widoczny sygnał gotowości do zabijania.
Opis wymyślnych tortur i bestialstwa to historie tylko dla czytelników o silnych nerwach. Jednak w opisach nie chodzi o epatowanie okrucieństwem, a o odnotowywanie zbrodni i ich sprawców oraz niewinnych ofiar. Zbrodni, o których należy pamiętać, bo są przestrogą na przyszłość.
Johannes Sachslehner, Kat z "Listy Schindlera", Wydawnictwo:Znak , Czerwiec 2010, s. 404
|
|
To już trzecia książka Borcz - i do tego trzecia w formie i wydaniu taka sama. To rozpoznawalny styl książek wydawanych w Krakowie pod opieką Anny Kajtochowej.
Właściwie pisząc krótkie omówienie książki poprzedniej "Najeżona oczywistość" odwołałam się do percepcji wierszy Borcz przez zwykłych czytelników, prostych odbiorców, którzy nie dość, że sami nie popełnili ani jednego tekstu poetyckiego, to i rzadko po poezję sięgają. A skoro już sięgają, to nie w celu krytyki, a umilenia sobie życia, spotkania z czymś elitarnym, z czymś niezwykłym przez to, że niecodziennym w ich życiu. Zdanie czytelnika daleko jest dla mnie ważniejszym i bardzo się na nie wyczulam. Tak jak w przypadku jednej z ostatnich rozmów nad wierszami Marii Borcz. To są teksty, które się podobają.
Co jest ich atutem, co przyciąga? Pewnie to, że autorka używa słów, dobitnych, jednoznacznych, mocnych. To słowa twarde, bolesne, pozbawione metafor i niuansów: "prawda, cierpienie, potwarz, oziębłość, demony, gniew", a jednocześnie słowa dostosowane do podmiotu lirycznego, skoro w kilku wierszach podmiotem są dzieci. Dzieci doświadczone przez los, bezdomne, pozbawione rodziny, przyjaciół, uczuć delikatnych i najczulszych. Czytelnik wiersze Marii Borcz rozumie. To wielki atut. Rozumie i chce je czytać, bo odnajduje w nich trafność prostego ocenienia sytuacji, trafność doboru słów o jednoznacznej kolorystyce. Do tego mocne tematy i brak jakiejkolwiek kokieterii pod adresem krytyków choćby - by się podobać, by robić wrażenie. Maria szokuje tematem, a nie formą. "Gałązka jaśminu" tylko z pozoru jest delikatna, niczym wiosenne kwiecie. Na kolejnych stronach książki znajdziemy ból, szok odrzucenia, obawę przed śmiercią i w końcu zagładę. Wszystko czego chcemy uniknąć, o czym chcemy zapomnieć. Borcz nie chce przymykać oka, ona chce dać świadectwo. Warto je poznać.
M. Borcz, Gałązka jaśminu, Kraków 2010
|
|
15 POETÓW O POLSCE pod redakcja Eugeniusza Kurzawy to wiersze tematyczne - jak sam tytuł wskazuje dotyczące ojczyzny, jaką dla autorów jest Polska.
Nie jest to temat łatwy, a o wiersze pokusili się: Andrzej Dąbrowski, Krzysztof Gąsiorowski, Zbigniew Jerzyna, Zbigniew Joachimiak, Stefan Jurkowski, Wojciech Kawiński, Janusz Kryszak, Jan Kurowicki, Eugeniusz Kurzawa, Piotr Lachman, Elżbieta Musiał. Ariana Nagórska, Andrzej Krzysztof Waśkiewicz, Marek Wawrzkiewicz i Leszek Żuliński.
Nikogo z tych twórców nie muszę przedstawiać. Książka ta powstała z pomysłu "zaprosić uznanych poetów polskich do napisania wierszy, które mieściły by się w bardzo ogólnym haśle Polska. Żadnych innych ograniczeń i nakazów". Wiersze są różne, a wiele z nich istniało już w twórczości poetów i zostały do niniejszej antologii "odkurzone".
Ujęcie Polski jawi się wielorako, bo i poetyki wymienionych autorów są nader różne. Jedne wiersze przekonują bardziej, inne mniej. Mnie osobiście urzekły dwa wiersz - u Leszka Żulińskiego ciekawy sarkastyczny wręcz tekst "Brednie polskie", bo przecież już "Potopiły się wandy i ofelie / goplany, emilie, grażyny / narodowe strzygi i oldyny" a "Wisła śmierdzi fenolem i gównem" i świetnie z tym obrazem paralelne słowa Eugeniusza Kurzawy "polska to nie jest żadna przyjemność / lecz wydumany ponury obowiązek / który na szczęście do szczęścia / nie jest / potrzebny (z wiersza "Polska nie jest przyjemnością"). Jakbym to czuła.
15 POETÓW O POLSCE, pod red. E. Kurzawy, Wydawnictwo Kropka, 2010
|
|
"Dzienniki CARRIE" to wstęp do życia, które będzie wiodła bohaterka "Seksu w wielkim mieście".
Teraz jednak jest nastolatką, przed którą wybory życiowe, a zwłaszcza wybór uniwersytetu. Carrie jak wszystkie dziewczęta w tym czasie wchodzi w okres kontaktów z chłopcami, co jak się okazuje - nie jest łatwe. Bohaterka snuje opowieść przeplatając ją złotymi myślami typu: Kiedy przeżyło się największą miłość swojego życia, każda inna byłaby tylko namiastką; Niektórzy twierdzą, że człowiek ma szczęście, jeśli wie, że ktoś bliski umiera, bo dzięki temu jest czas, by się pożegnać.
Skoro Carrie chce zostać pisarką nawiązuje kontakt z pewną utytułowaną już autorką z tej branży, która podaje jej ważne wskazówki pisarskie: "Pierwszym odruchem amatora jest pisanie o tych, których się zna. Jednak profesjonalista pojmuje niewykonalność takiego zadania. Stwórca postaci musi wiedzieć o niej więcej, niż można się dowiedzieć o prawdziwej osobie. Autor powinien posiadać wiedzę kompletną". Zdecydowanie tak.
Książka bawi, czasem wzrusza. Przeznaczona dla młodzieży, ze wskazaniem na nastoletnie dziewczęta, które szukają swojej dorosłej drogi.
C. Bushnell, Dzienniki Carrie, Kraków, Znak, czerwiec 2010, s. 315
|
|
APOLLO Z DACHAU Małgorzaty Dobrowolskiej (druga książka w dorobku) to "niewiadomoco", czyli już na wstępie coś ciekawego. Zahacza formą, słowem krótkim atakuje. Rodzaj zabawy językiem. Ciekawostka raczej niż treść.
Znów o nieszczęsnych aniołach - kiedy się te kobiety z tego wyzwolą? Martwi mnie to, bo jaka nowa jakość może zaistnieć, jeśli w każdym tomie kobiecym są anioły - nawet o zgrozo w Dachau. Przemilczmy to jednak.
Ważniejsze jest znaczenie jakie zapewne autorka przypisuje swoim tekstom: niezasłużona śmierć, cierpienie, wykorzystywanie ludzi. Wpływ Marii Peszek "jestem tylko skórą nogą ręką dziurą". Warto rzucić okiem. Kto lubi eksperymenty może się zaskoczyć. Ja już naczytałam się takich bajek - performance na słowie. Choćby "Ajajaj.!" Marty Grundwald, gdzie młoda poezja (zwłaszcza ta pisana przez kobiety) została uwolniona od zabiegów mityzacji rzeczywistości, a więc projektowania własnych wizji prapoczątków, onirycznych krajobrazów i natarczywego wykorzystywania ogranej symboliki. U Dobrowolskiej mityzacja jest - Apollo, któż nie wie kim był ten bóg piękna, światła, życia, śmierci, muzyki, wróżb, prawdy, prawa, porządku, patron sztuki i poezji, przewodnik muz - tym razem odnalazł się w Dachau. I wpleciona w jego historię (z pogrubionych literek agnieszkamoskaluk - celowo zapisałam jako jeden wyraz) - rebus, tyle tylko, że nie wiadomo co mówiący.
To dlatego autorka dając mi książkę - zaznaczyła, że jak będę pisała recenzję, to mam się do niej odezwać, a ona wytłumaczy. No nie odezwałam się, bo mnie tłumaczenia piszących nie obchodzą. Czytam książkę i ma się ona wytłumaczyć sama - jeśli tego nie robi, fakt "co poetka miała na myśli" zupełnie mnie nie interesuje. Zastosowane litery, literki pogrubione wymagają pewnego dekodowania, ale tylko na poziomie liter. Gdyby autorka poszła dalej - nie podawała spisu treści choćby (bo tytułów owe teksty nie mają) - mielibyśmy ciekawszy zabieg kodujący. A najlepiej gdyby więcej było treści, gdyż sama pozorna hermetyczność (bo poezja stricte hermetyczna operuje trudnymi, wielopoziomowymi symbolami i metaforami) oraz nieistotność pewnych nazwisk dla czytelników (nie umniejszam istotności dla samej autorki), zamyka krąg odbiorców. Zabawa, pewna próba zmierzenia się z trudnym tematem, którym pisząca jest zafascynowana. Wyszło nietuzinkowo - acz pusto. Kolejny eksperyment, a ja zawsze jestem za poszukiwaniem nowych dróg, nawet jeśli poszukiwanie niczego nowego nie przyniesie. Zawsze to przecież pewna przygoda, wędrówka w świat słowa. I nawet lasów nie szkoda, że wycięte, bo to zaledwie czterdzieści stron w bardzo ładnej okładce Beaty Stanek.
M. Dobrowolska, Apollo z Dachau, Gorzów Wlkp. 2010, s. 40
|
|
Trzecia książka Ewy Stec - równie dobra jak poprzednie.
Znów mamy wróżkę patrzącą w szklaną kulę, znów jest zagubiona bohaterka, jej ciekawa rodzina i jak zawsze u autorki - jest zagmatwana sprawa kryminalne.
A skoro jest sprawa kryminalna to i policjantów nie brakuje, o gangsterach nawet wspominać nie trzeba. To oczywistość.
Zatroskane matki, przerażone perspektywą staropanieństwa córek, samotnością synów i brakiem wnuków, matki autentycznie pragnące szczęścia swoich dzieci skupiają się w tajnej organizacji. Układają dzieciom życie, szukają królewiczów i królewien. Przy okazji ratują z wielu opresji. Każda z nich odkrywa przy okazji swoją siłę - mimo nieodpowiedniego już wieku dla kobiety - czasu menopauzy.
Można się naśmiać, bo jak zwykle Stec potrafi bawić. I można się zadziwić, choćby tym kim w rzeczywistości jest despotyczny dyrektor szkoły i pracujący tam woźny. Pozory mogą mylić. A ich splot - bawić.
Prawdziwa i gorąca miłość również jest - no bo jak inaczej :)
E. Stec, Klub Matek Swatek, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, czerwiec 2010
|
|
Och ta boska trucizna - a może raczej eliksir życia, kamień filozoficzny zapewniający stan tapas gdy szaman potrafi latać, kontrolować ogień; tajna substancja, która zabija bez śladu gdy jest użyta w nadmiarze.
Poszukuje jej oficer policji śledczej w carskiej Rosji - Rodion Gieorgijewicz Wenzarow badający kolejne przypadki "cichych" śmierci. We wszystko zamieszani są ludzie wyjątkowi - hermafrodyty, agenci, kobiety o pseudonimach Cannabis czy Diana.
Sprawa okazuje się nader trudna, a stolica imperium Sankt Petersburg nie jest przyjazna. Całość dzieje się zaledwie od 5 grudnia 1904 do 8 stycznia 1905 roku - a wynik śledztwa jest nader zaskakujący. Ciekawym rozwiązaniem literackim jest zamieszczenie odrębnych zeznań, protokołów przesłuchań poszczególnych świadków.
Pomoc stanowi również słowniczek i opis służb policyjnych Rosji w tamtych czasach. Trochę metafizyki, spotkań z lekarzem medycyny tybetańskiej czy mistykami; trochę świata realnego. Opisy sekcji zwłok to element konieczny w dobrym kryminale. Lektura wciąga, więc nie ma się co dziwić, że autor Antoni Cziż został w Rosji okrzyknięty drugim Akuninem - a to już coś znaczy.
A. Cziż, Boska trucizna, Kraków 2010, Wydawnictwo Otwarte, s. 362
|
Książka o WOODSTOCKU
|
Tegoroczny Przystanek Woodstock zakończony. Książka pokazuje piętnaście minionych festiwali od pierwszego w Czymanowie, przez następne w Szczecinie-Dąbiu, Żarach i w końcu w Kostrzynie nad Odrą. Autorami są Jerzy Owsiak i Jan Skaradziński.
Kto nigdy nie był na Woodstocku może mieć o tym festiwalu błędne mniemanie - zwłaszcza ostatni okazał się już bardzo "łagodny". To nie jest prawda, co piszą dziennikarze choćby "Gazety Wyborczej", że "Polska się zmienia, a Woodstock jest taki sam". Nie - zdecydowanie nie jest taki sam.
Miałam okazję być na tym festiwalu i kilka lat temu i w tym roku - cóż - to już inny świat. Nie tylko to jest inne, że przed laty nie było nic poza muzyką i wioską Hare Kriszna (Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny), a dziś jest Akademia Sztuk Przepięknych i choćby projekcja "Katynia". Rozmowy z Andrzejem Wajdą czy z Markiem Piwowskim o "Rejsie". Zupełnie tak jak na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach (miałam okazję być).
Są filmy, artyści, jest muzyka, jest jarmark (świetne ręcznie robione ozdoby, świece, dzieła sztuki), jest oddawanie krwi. Nie tylko - nie ma już agresji, nie ma prawdziwych panków, metalowców, subkultur.
Festiwal jest uładzony charakterem Owsiaka - jest zwierciadłem jego osobowości. On sobie "wychował publiczność" na swoją modłę. Do tego organizacja - ścieżki, sektory, ograniczenia, ochroniarze, żadnego spontanu. Czułam się bezpiecznie, a nawet wręcz za bardzo bezpiecznie. Żadnych ognisk - ach przed laty parzyłam herbatę z lipy, a ogień dawał ciepło. Owszem umywalki - rzecz korzystna, Toy Toy'e również, a le specyficzny zapach ludzi zaaferowanych muzyką to klimat, którego nigdy już na Woodstocku nie będzie.
Może właśnie dlatego warto zajrzeć do "Historii najpiękniejszego festiwalu świata", książki która swoją premierę miała właśnie 30 lipca 2010 podczas festiwalu - tam jeszcze na zdjęciach jest uchwycony ten specyficzny klimacik kontestacji, buntu. Dziś nie ma się już przeciw czemu buntować ... więc i festiwal jest spokojniutki. Trzysta tysięcy uczestników to ludzie od maluszków po wiekowych dziadków. Wszyscy słuchali rocka, jazzu czy reggae. Na trzech scenach wystąpili między innymi: Możdżer, Nigiel Kennedy, Maleo Reggae Rockers, Tymon Tymański, Life of Agony, Girl In a Coma, Armia i mój ulubiony LAO CHE.
J. Owsiak, J. Skaradziński, Przystanek Woodstock. Historia najpiękniejszego festiwalu świata. Świat Książki, lipiec 2010
|
Z cyklu moich recenzji - pogadanek o książkach dla Radia Zachód 103/106 FM
|
SKŁADANA WANNA, do tego gumowa
to drogi gadżet XVIII wieku. Posiadał ją Edmund Mysyrowicz - prapradziadek Elżbiety Niezabitowskiej. Człowiek barwny, mężczyzna przystojny, istny Kuba Rozprówacz serc niewieścich. Niewierny małżonek, hulaka, człowiek, który zaprzepaścił wielką fortunę i w końcu uciekł, pozostawiając żonę z ośmiorgiem dzieci zupełnie bez majątku i środków do życia.
W książce autorka pokazuje losy kilku odnóg swojej rodziny: wspomnianych Mysyrowiczów herbu Jastrzębiec, Ryxów herbu Pierścień, Okęckich herbu Radwan, Leszczyńskich herbu Belina i bardzo znanych Lanckorońskich herbu Zadora. Wyprowadza swój ród nawet od 1064 roku z rycerstwa ormiańskiego emigrującego z Armenii, które dopiero w wieku XVIII zdjęło turbany i wschodnie ciuchy, by odziewać się w kontusze.
Historię swoich przodków Niezabitowska opisuje w sposób bezpośredni i uczciwy. Nie wybiela ich, nie ukrywa wybryków, folgowania sobie, oddawania się przyjemnościom bez zahamowań, miłosnych przygód i skłonności do erotycznych ekscesów. Odkrywa podwójną moralność i dwa światy: przyzwoitości, konwenansów oraz świat rozkoszy i występku. Z drugiej strony wychwala tych, którzy byli patriotami, którzy walczyli przy boku Napoleona w przeświadczeniu, że dzięki temu Polska będzie wolna.
Fakty historyczne dopełniają barwności tej opowieści - choćby to, że po upadku powstania styczniowego, dekretem cara: "Dzieci między siódmym a 16 rokiem życia , których ojcowie polegli w powstaniu lub wybrali emigrację, odbierano matkom jako sieroty i transportowano do Rosji, żeby w specjalnych batalionach poddać wojskowej tresurze i wynarodowieniu". To właśnie po to, by oszczędzić swoje dzieci - Stanisław Ryx wrócił z emigracji. Barwną opowieścią jest historia Jadwigi Mysyrowicz i Izydora Wysłoucha, mnicha, który dla Figi (jak zwał córkę ojciec) porzucił zakon, a później do niego wrócił, by ponownie zbliżyć do Figi. Miał z nią dwoje dzieci, ale mężem nie był. Człowiek zżerany kolejnymi pasjami kochał tylko siebie, a ludzie byli jedynie dodatkiem do wyznawanych właśnie idei. Wyjątkowych przodków miała autorka i nie dziwi, że dziękuje im wszystkim za to, że byli tacy barwni.
M. Niezabitowska, Skłądana wanna, Kraków, Wydawnisto Znak, czerwiec 2010
|
|
TAJEMNICE WATYKANU
Tajemnice, a może bardziej ukrywane fakty historyczne związane z funkcjonowaniem najmniejszego państwa świata. Jak inaczej nazwać choćby powiązanie Watykanu z rewolucją w Rosji i apel Benedykta XV z 5 sierpnia 1921 roku, by udzielić głodującym Rosjanom pomocy. Pomocy, którą o dziwo przyjmuje Lenin.
To fakt - mało znany, a może tylko niedostatecznie nagłośniony. Podobnie jak potajemne misje by przywrócić hierarchię katolicką w Rosji czy sprawy wokół, których wynikło powołanie do życia CITTA DEL VATICANO przez Mussoliniego w Traktacie Laterańskim.
A także zakulisowe, wewnętrzne ciekawostki z Watykanu jak - encykliki papieskie nie pisane przez papieży, a ich współpracowników, nieopublikowana encyklika potępiająca nazizm, choć we fragmentach drukowana pod nosem Gestapo, odważne stwierdzenia papieża, że swastyka jest "Krzyżem wrogim krzyżowi Chrystusa", zabiegi Piusa XII by zapobiec II wojnie światowej, by skompromitować Hitlera.
A później celowa postawa neutralności, bo tylko wtedy można było prowadzić akcję humanitarnej pomocy Żydom, których Watykan ukrył blisko 5 tysięcy. Historie wielkich duchownych, ale i zdrady maluczkich, słabych duchem. Sporo o pontyfikacie Jana Pawła II i tematy tak wszystkim znane z "Kodu Leonardo da Vinci" Dana Browna - zemsta Opus Dei, całun turyński, tajemnicza śmierć Jana Pawła I. To i wiele jeszcze innych faktów podanych tak, że czyta się to jak dobrą powieść. Nic więcej nie trzeba dodawać.
B. Lecomte, Tajemnice Watykanu, przekł. M. Romanek, Kraków, Wydawnicteo Znak, czerwiec 2010
|
|
ZAPASY Z ŻYCIEM
Czy w Tobie ktoś widział kiedyś "grubego faceta" lub "grubą babkę"? Czy mimo Twojej złej życiowej sytuacji, problemów i całkowitego rozpadu - ktoś w Ciebie wierzył? Właśnie o tym, o tej wierze w człowieka, o zaufaniu, o chęci pomocy zagubionemu człowiekowi jest najnowsza książka - rodzaj dłuższego opowiadania - znanego już bardzo pisarza Eri-Emmanuela Schmitt'a.
Sprytny, samotny z wyboru dziesięciolatek wiedzie życie żebraka, dorywczo sprzedawcy w wielkim Tokio. Nie wierzy w lepszy los, nie lubi swojego życia, nie cierpi ludzi. Pewnego dnia jednak pojawia się w jego życiu Mistrz sumo. Oswaja go, zachęca do nauki, do sportu. Początki są trudne i właściwie wszystko zmierza do katastrofy, ale "gruby facet" w końcu dochodzi do głosu. Podobnie jak do głosu dochodzi miłość matki do syna i odwrotnie, bo przecież z korzeni należy korzystać, a nie się od nich odcinać.
"Gruby facet" to metafora wewnętrznej siły (choć akurat w zapasach sumo, tusza odgrywa również wielką rolę). Wszystkim nam co jakiś czas potrzebna jest taka wiara w siebie i w swoją "grubość". Książka Schmitt'a nam to po raz kolejny przypomina.
Zapasy z życiem, E.E. Schmitt, Wydawnictwo Znak, Kraków czerwiec 2010
|
|
DROGI GABREILU
Autyzm jest chorobą rozpoznaną, ale wciąż mało wiemy o jej przyczynach i wszelkich odmianach, gdyż ocenia się, że nie ma na świecie dwóch tak samo zachowujących się osób z tą chorobą.
Być chorym jest nadzwyczaj trudno, najczęściej bowiem chory zdaje sobie świetnie sprawę ze swojej odmienności, z którą nie może sobie poradzić. Żyć z chorym jest równie trudno. Właśnie o tych obustronnych trudnościach jest książka Freihowa, ojca chorującego na autyzm Gabriela. Tytułowy bohater zmaga się każdego dnia z chorobą. Jest bystry, uzdolniony językowo, a jednocześnie zupełnie bezradny wobec własnych wybuchów gniewu, wobec całkowitego niezrozumienia przenośni, metafor, pozornych nielogiczności, czyli paradoksów jakie w życiu każdego się zdarzają. Musi mieć uporządkowane logicznie życie. Wszelkie zmiany go przerażają, napawa strachem nawet zmiana jadłospisu dziennego. Zadaje wciąż pytania, na które nikt nie potrafi udzielić mu logicznej odpowiedzi - takiej, która zadowoli jego specyficznie reagujący mózg.
Autor książki cierpi z tego powodu. Mówi otwarcie o swoim smutku, o tym, że czasem musi oddalić się z domu, by sobie z obciążeniem chorego syna poradzić, że bywają dni pełne bólu, bezsilności i strachu. Ale jednocześnie pokazuje, że zdarzają się również chwile piękne, cudowne, w których dziękuje, że ma tak wyjątkowego syna - ostatniego z dzieci, bo w rodzinie są jeszcze dwaj starsi bracia i siostra - całkowicie zdrowi. Książka tchnie mimo wszystko optymizmem, choć opisuje życie trudne, życie wypełnione i podporządkowane chorobie. Te lektura bardzo osobista. List do syna, choć może i list do wszystkich ludzi, który coś uświadamia, coś naświetla. Warto być odbiorcą tej epistoły.
H. W. Freihow, Drogi Gabrielu. List, przekł. M. Skoczko, Kraków, Wydawnictwo Zank, czerwiec 2010
|
|
Romans z trupem w tle
Czytadło nie musi pachnieć kiczem
Kategoria czytadła w pierwszym odruchu budzi negatywne skojarzenia. Czytadło to bowiem powieść tak łatwa w czytaniu, że aż pozbawiona wszelkich głębszych treści. To jednak tylko pozory, gdyż czytadło może również stanowić prozę dobrą. Co to jednak znaczy - dobra proza - a to przede wszystkim, że napisana jest zróżnicowanym językiem, w pomysłowy sposób, z inteligencją i perfekcyjnym wykonaniem.
Czytadło więc nie musi być określeniem pejoratywnym, nie musi pachnieć kiczem. Kicz w literaturze to tekst łatwy, banalny, z bohaterami pięknymi, bajkowymi. W takiej książce wszystko tchnie tandetą, stwarza pozory szczęścia i rzekomego ukojenia.
Ale przecież czytadła - z założenia książki z happy endem, książki mające bawić i dawać wytchnienie, mogą się gdzieś o kicz otrzeć. Nie zawsze. Takim przykładem jest najnowsze książka (debiutancka) Ewy Stec "Romans z trupem w tle". Ta powieść przeczytana przeze mnie w egzemplarzu recenzyjnym (nim ukazała się na rynku księgarskim), sprawiła mi dużo przyjemności. Jest to czytadło. Jak najbardziej, ale czytadło dobre. Książka masowa, popularna, nie wykluczająca jednak waloru wysokoartystycznego.
"Roman z trupem w tle" nawiązuje do świetnej twórczości Joanny Chmielewskiej. Sam tytuł to już odwołanie do "Trudnego trupa" czy do "Romansu wszechczasów". A dalej w odwołaniach jest tylko lepiej. Główny bohater to Jerzy Bond - ach któż Bonda nie zna; główna bohaterka Agnieszka Rusałka - nie inaczej jak romantyczka z natury. Trup jest, a jakże, ale trup nieoczekiwany. Akcja zawiła, wciągająca, oparta na realiach polskiego miasta. Zapis komunikatywny z ogromnym poczuciem humoru. Tutaj Ewa Stec dorównuje Chmielewskiej budując kryminał w sposób groteskowy z elementami ironii, która czytelnika najnormalniej w świcie bawi.
Właściwie wątki kryminalny i miłosny, schodzą na plan drugi. Nie ma w książce kiczowatego "makatkowego" piękna, nie ma nostalgii, ckliwości, przesłodzenia, za to jest rzeczowość, są bohaterowie z krwi i kości, jest tęsknota za miłością, ale nie ma ozdobnego erotyzmu, który trąci kiczem.
Książka wciąga, intryguje, bawi błyskotliwymi wypowiedziami i uroczymi wręcz zbiegami okoliczności. Ewa Stec pisze już drugą książkę. Czekam na nią z nieukrywaną ciekawością, polecając "Romans z trupem w tle" bez powiewu kiczem.
|
|
WOJNA WILKÓW
"Mojra" część druga "Wojna wilków" to prawdziwe fantasy. Bohaterami są zarówno dwunożni, czyli ludzie, Rycerze Płomienia, zakon Wielkich Druidów, kongregacja mnichów chrześcijańskich jak i Elfy, Krasnoludy, Gorguny czy wilki.
Są skłócone klany, kasty, miasta, które prowadzą ze sobą wojnę. Wszyscy poszukują drzwi między światami, zwłaszcza, że tymi drzwiami przechodzą również zmarli.
Jest przyjaźń Felina, Aleay, Erwana. Jest miłość, oddanie, wzajemna troska.
Jest w końcu MOJRA - zasada historii, przyczyna różnic między teraźniejszością a przyszłością. To ona wpływa na bieg rzeczy. Nie jest jednak osobą. To siła, idea, za którą należy podążać. Wolność jak mówią triady, jest miejscem, w którym równoważą się wszelkie przeciwieństwa. Mojra zapewnia więc stabilność świata.
Całą książkę wypełniają rozważania o Przeznaczeniu - Prawdzie - Wolności, a wszystko to uzupełniają barwne opisy walk, zmagań z przyrodą, polowań - choćby wilczycy na łanię.
Świat wielu wymiarów, wielu gatunków - fantasy w dobrym stylu. Tylko oczekiwać na trzecią część tej trylogii.
Henri Levenbruck, Mojra. Wojna wilków, Kraków 2010, Wydawnictwo Otwarte, s. 336
|
|
ERYNIE
W "Erynie" znów mamy to wszystko, co dla Krajewskiego charakterystyczne: kwestia Żydów i ich prześladowania, motyw gry w szachy, motyw epileptyka, wszechobecne ladacznice i wyuzdany seks, obsesja jelit wydobytych z powłoki brzusznej, specyficzne i nader wymyślne tortury.
Tym razem akcja dzieje się przede wszystkim we Lwowie, którego topografia dokładnie jest przedstawiona. Główny bohater - komisarz Edward Popielski ma swoje namiętności, słabości, ale jest twardy i dzięki poepileptycznym snom potrafi odszukać sprawców przestępstw.
W "Erynie" ma za zadanie wytropić mordercę i kata małego dziecka. Pozornie wszystko układa się dobrze, morderca jest ujęty. I nagle okazuje się, że była to pomyłka. Jak z tego wybrnąć, jak złapać właściwego przestępcę. Może trzeba wystawić na wabia swojego ukochanego wnuczka, a może podpisać pakt z innym przestępcą? Wartka akcja, zmysłowe opisy, ciekawie zbudowane postaci. Da się to wszystko miło czytać.
Zwłaszcza, że powieść splata w sobie obraz ludzkich ułomności, skłonności do alkoholu, pożądliwości z obrazem odwagi, przestrzegania wewnętrznego kodeksu moralnego.
Język bohaterów jest specyficzny - to mieszanka lwowska z wyrazów typu "giczoły", "sztajgować"z uwielbiana przez głównego bohatera łaciną summa cum laude. Mieszanka iście wybuchowa.
Marek Krajewski, Erynie, Warszawa, czerwiec 2010, wydawnictwo Znak
|
|
ŚMIERĆ W BRESLAU
Jeśli pojawiają się szefowie Gestapo, kaci z SS, jeśli są agenci Abwery, jeśli jest waleczny policjant i zaszyfrowane proroctwo przy zwłokach, które rozszyfrować może jedynie wprawny semitolog - to powieść musi być ciekawa.
Może motywy nie są najwymyślniejsze, choć nie brakuje ekskluzywnych burdeli, wyuzdanych scen erotycznych i sugestywnych opisów ludzkich zwłok. Akcja dzieje się w Berlinie i Breslau - czyli oczywiście we Wrocławiu i jego okolicach. Jest rok 1934, ale znaczenie dla całej akcji mają wydarzenia z roku 1203.
Skoro jest czas blisko wybuchowi II wojny światowej, pojawia się w książce motyw prześladowania Żydów, masonów, motyw budowania zaplecza państwa hitlerowskiego.
Do tego w akcji kryminalnej proroctwa epileptyka, kozioł ofiarny i młody człowiek, który odnajduje swojego ojca. Specyficznym dodatkiem jest słowniczek hebrajskich wyrazów, które odegrają w powieści ważną rolę. Dorzućmy specyficzne tortury szerszeniami,
ugryzienia skorpionów i mroczny klimat tamtych czasów - a książka wciągnie każdego czytelnika.
Marek Krajewski, Śmierć w Breslau, Kraków 2010
|
|
SAMSARA
"Nieważne dokąd jedziesz i po co, ważne, że masz odwagę jechać". Oto pointa jednej z podróży Tomka Michniewicza, który opisał swoje przygody w "Samsara. Na drogach, których nie ma". Podstawowym walorem tej książki są zdjęcia. Fantastyczne i to dlatego trzeba po nią sięgnąć i książkę obejrzeć. Ale i czytając nie poczujemy się zawiedzeni. Autor i jego zmieniający się towarzysze podróży: Adam Boratyński, Tomek Koczorowski i Marianna Lutomska wędrują po świecie w poszukiwaniu Dziadugard, czyli szamanów, magów przekraczających ludzkie możliwości. Nie ma ich jednak w Nepalu, Katmandu, Kalkucie, nie ma w Wietnamie - za to jest wiele wspaniałych szczegółów.
W jednym miejscu spokój lasu i brak niechcianego towarzystwa - wycisza. W innym - cudowne słonie, które kochają tak wodę, że gdy się zanurzą w rzece zapominają o bożym świcie - są niestety okrutnie traktowane przez ludzi. Do pracy zmusza się je biciem i wbijaniem haków. Europejczycy nie chcą na to patrzeć. Szukają przewodnika z lekką ręką i wtedy są zauroczeni jazdą na wielkich słoniach. Zwierząt jest w książce wiele: kobry, pająki, skorpiony, ale i ludzie upodobniają się czasem do zwierząt. Maltretowane choćby kobiety w Bangkoku - które nagie udowadniają wszystkim chętnym, co też może się zmieścić w damskich utensyliach. W końcu chyba pojawiają się szamani - Ma-song chodzący po rozgrzanych węglach.
Ubarwieniem książki są pamiętnikarskie wtręty z poprzednich wypraw, których autor doświadczył kilka lat wcześniej.
Pasja, humor, dystans i konfrontacja marzeń oraz dziecięcych wyobrażeń z rzeczywistością - warto wziąć udział w tej podróży, bo przecież nie ważne gdzie się jedzie tylko, że ma się odwagę jechać.
Tomek Michniewicz, Samsara. Na drogach, których nie ma, Wydawnictwo Otwarte, maj 2010
|
|
DZIEWCZYNA W ZŁOTYCH MAJTKACH
Cóż to są te złote majtki? Czy tylko bielizną, czy może czymś więcej? A może złotych majtek nie ma, bo ktoś je sobie zmyślił? Na pewno zaś w książce jest dziewczyna - młoda, urodziwa, wyuzdana - wiadomo, dzisiejsza młodzież. Ma ochotę na seks - nawet, a może zwłaszcza ze swoim wujem, uznanym pisarzem.
Nie pierwsza to przecież książka, w której bohaterem jest dojrzały pisarz mierzący się w autobiografii ze swoim życiem. Wuj tytułowej dziewczyny lubi konfabulować, lubi tworzyć swój obraz siebie samego dla potomnych. Ale przyjazd młodej krwi i współpraca z nią - wiele w jego widzeniu świat zmieni. Zmieni i doprowadzi do wyjawienia rodzinnej tajemnicy. Jak zwykle możliwej do odkrycia już wiele lat temu, gdyby pisarz był bardziej spostrzegawczy, gdyby więcej patrzył na innych niż na siebie samego. Książka czyta się szybko. Sceny erotyczne zachęcają, bo autor sprytnie je wmontował w fabułę.
Trochę jest to proza o aspiracjach poetyckich - operuje porównaniami, klimatem wiersza. W nastroju nawiązuje do dzieła Honoré de Balzac "Dziewczyna o złotych oczach". No i rewolwer wystrzeli lub nie - ciekawe więc jak to się skończy. Jak na rozrywkę - dobry wybór.
Dziewczyna w złotych majtkach, Autor: Juan Marse, Data wydania: czerwiec 2010, Wydawca: Znak, Liczba stron: 202
|
|
KLEJNOT MEDYNY
Pytanie - czy można zrozumieć Arabów jeśli żyje się w kulturze zachodu XXI wieku? Nie jest to łatwe, ale przecież można podjąć wyzwanie. Pewną pomocą stanowić może książka "Klejnot Medyny", która pokazuje świat ludzi pustyni widziany oczami kobiety. Kobiety, która w wieku 9 lat wychodzi za mąż, która żyje w ukryciu, a jednocześnie ma charakter wojownika i bardziej przypomina mężczyznę niż żonę Proroka. To opowieść o "kobietach, które noszą zwiewne szaty, czernią koholem oczy i malują henną na dłoniach misterne wzory oraz o mężczyznach ceniących honor bardziej niż życie". Książka ciekawa, momentami wzruszająca. Trochę romans, trochę obyczaj, trochę sensacja - czyli rozrywka w dobrym stylu.
Do tego książka, która wzbudziła wiele protestów środowiska arabskiego, a w jej obronie stawał sam Sir Ahmed Salman Rushdie. Chyba to jest dobra zachęta do czytania :)
|
Czasem boli gdzieś obok - o książce "Niczyja"
Najnowsza książka poetycka Elżbiety Skorupskiej-Raczyńskiej wyraźnie wpisuje się w nurt poezji kobiecej, czyli opartej na refleksyjności i zapisie własnych doświadczeń. Doświadczeń bolesnych, krwawiących, pełnych łez. Pisząc w takiej poetyce trudno jest uniknąć kiczu, wyzwolić się z grafomanii. Na szczęście książka z intrygującym tytułem "Niczyja" wychodzi obronną ręką z tego zmagania - zmagania poety z materią języka, z materią tematu.
Dykcja Skorupskiej nie należy do odkrywczych. Raczej wpisuje się w nurt poezji oszczędnej, ascetycznej nawet. Słów nie jest wiele, podobnie jak i działań na materii słowa. Chodzi bardziej o zapis przeżyć, myśli, niż o popis erudycyjny, którym przecież wybitny językoznawca - jakim autorka jest - mógłby się pochwalić.
W jakimś sensie jest to poezja, która nabiera votum nieufności wobec życia, jego wszechogarniającej samotności, zwłaszcza w nocy, która potrafi nieść ból. Ból w rekwizytorni tej poezji jest bardzo silnie akcentowany, skrzący się, skradający o zmierzchu.
W świecie bólu człowiek zaczyna funkcjonować jako jednostka odizolowana, skupiona na sobie i najbliższym świecie, choć jednocześnie bardziej świadoma, że naskórkowy układ odniesienia jest niewystarczający. Trzeba ratować się w archetypie przyrody, w jej kojącym oddziaływaniu. Do głosu dochodzą słowiki, sikory, żółtosiwe zięby, jaskółki, czyli świat, w którym autorka funkcjonuje. Ta książka należą do delikatnych, łatwych w odbiorze. Całość opatrzona jest grafikami Anny Szymanek - jaka szkoda, że prawie takimi samymi jakie pomieszczone są w tomie wierszy Renaty Paligi "Gruszka na wierzbie".
E. Skorupska-Raczyńska, Niczyja, Gorzów Wlkp. 2010
©
Znów polecam do poczytania
|
Indianie, którzy nie widzieli jeszcze białego człowieka? Czy to możliwe? A jednak - w Wenezueli w części stanu Amazonas
uznanego przez UNESCO za Rezerwat Biosfery - żyją plemiona Yanomami. Ludzie wyjątkowi, nie tylko ze względu na
fakt, że nie wypracowali sobie języka pisanego, ale również z powodu trybu życia i sposobu myślenia.
Są gościnni, ciekawi, mają bogate życie duchowe, lubią walczyć.
Janusz Kasza opisuje jak bardzo trudno dostać się do miejsca ich życia. By wypłynąć w górę Orinoko wymagana jest
zgoda Dyrekcji Parków Narodowych, Ministerstwa Informacji i Spraw Wewnętrznych, dowództwa Guardia Nacional i
Instytutu do Spraw Indian w Ministerstwie Oświaty Wenezueli. Dodajmy jeszcze zezwolenie miejscowego biskupa -
czyli ponad miesiąc załatwiania formalności. Za to jak pięknie jest później, co ciekawego można zobaczyć,
jakie motyle, jakie kwiaty, jakie zjeść banany - to wszystko pokazuje książka "Duchy Dżunglii". Ja musiałam ją
przeczytać - kultura Indian zawsze mnie interesowała. Myślę jednak, że każdy czytelnik poczuje się zadowolony
mając w ręku pięknie wydaną książkę, z nadzwyczaj barwnymi zdjęciami, z fascynującymi opowieściami. To trzeba przeczytać.
Duchy dżungli. Opowieść o Yanomami, ostatnich wolnych Indianach Amazonii
Autor: Janusz Kasza Wydawnictwo: Otwarte , Marzec 2010
|
|
Dobra powieść obyczajowa - nie jest zła.
Ksiądz, który "kolekcjonuje dusze", który mówi do zwierząt, zaklina konie, świetnie gra na organach, ma za sobą barwny romans, sam sobie
pierze i gotuje na plebanii, sam chodzi do sklepu, wprowadza innowacyjne rozwiązania w wiosce, prowadzi Msze
Święte za duszę właśnie zmarłego Elwisa - to coś nowego. Dodajmy do tego układy wśród duchownych diecezji, dekanatu.
Spory, a nawet samobójstwa księży. Przymuszanie młodego księdza, by napisał dziekanowi doktorat, w zamian za
nieujawnienie jego erotycznej przeszłości.
I jeszcze problemy osobiste z rodzicami, którzy nie akceptują powołania syna. Przy tym wszystkim piękna siostra
księdza wywołująca zgorszenie, codzienne problemy ludzi w tym z milicja i komuchami - czyli jednym słowem "obyczaj".
Obyczaj z elementami kryminału, który czyta się wyśmienicie. Lektura łatwa, a przy tym ciekawa i wciągająca. Zakończenie iście
polskie - może i naiwne, ale dlaczego nie. Czasem wszystkim nam potrzeba optymizmu i wiary w cuda.
Ksiądz Rafał, Autor:Grabski Maciej , Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak , Oprawa: miękka
|
|
Typowy kryminał. Jest kilka trupów, jest zagadka, jest ikona, której poszukują "niegrzeczni" panowie, jest
i dzielny funkcjonariusz milicji - Koroliev - prawie Kojak - tyle, że w służbie milicji rosyjskiej. Odważny,
zdeterminowany, czytający dla uspokojenia Biblię (choć wie co o religijności myśli partia). Intryga zaskakująca, ciekawa, kobiety piękne.
A wszystko rozgrywa się w realiach Moskwy roku 1936, gdzie na ulicach można zobaczyć Stalina, gdzie cerkwie
są ukazane jako miejsca wyjątkowego kultu, gdzie Komitek Młodzieży Konsomolskiej wydaje swoje ważne petycje.
Oczywiście jak w dobrym kryminale - główny bohater obrywa nie raz i nie dwa, ale zawsze wychodzi z opałów
obronną ręką. Książka jest obszerna, gruba nawet, gdyż pełno w niej dokładnych opisów topografii Moskwy,
plastycznych obrazów zmasakrowanych podczas tortur zwłok i nastepujących sekcji.
Widać trudną sytuację ludzi tamtych czasów, widać uwikłanie ludzi w sprawy komunistycznej władzy. Strasznie
i ciekawie zarazem - zwłaszcza za sprawą NKWD. Rozrywka w dobrym guście.
autor: William Ryan , przekład: Grażyna Smosna , 2010, wydawnictwo: Otwarte,
|
Debiut w polu grawitacyjnym
Dotarła do mnie "Księga grawitacji" Dawida Majera. Szumny, ciekawy tytuł, choć sama książka skromna, ascetyczna, zbudowana zaledwie z 41 wierszy. Nijak tytułowej księgi nie przypomina. Może książkę, raczej "książeczkę". No i ta "grawitacja", która towarzyszy wszystkiemu, ale która nie odnosi się jedynie do siły utrzymującej nas na miejscu. Teoria grawitacji bowiem, to przecież wielkie osiągnięcie naukowe Newtona. Dzięki grawitacji powstają galaktyki, gwiazdy, planety - grawitacja fascynuje i dlatego choćby z zaciekawieniem usiadłam do nadesłanej książki. Okazuje się, że o tym fascynującym temacie wiele w tomie - dodajmy, że debiutanckim - nie ma. Raczej grawitacja sprowadzona jest jedynie do bycia tu na Ziemi, do kroków i ewentualnych upadków, do jej powszechności, gdyż dotyczy każdego ciała z materii ożywionej i nieożywionej. Mało, ale niech będzie. Przecież czasem tytuł nie musi niczego oznaczać, niczego nadbudowywać. Prawo autora.
Księgę Mejera czyta się w porządku autobiograficznym (opowieść o dojrzewaniu) i to niepoddanym autokreacji. Podmiot jest samym autorem, czego Mejer nie ukrywa.
Na ogól opowieść wierszem snuta jest w czasie teraźniejszym i jest to rodzaj pamiętnika z życia. Otwierający tomik wiersz "ostatni aport"- prezentuje nam piętnastoletniego autora w atawistycznym doznaniu śmierci ulubionego psa. Przywołanie archaicznego rytuału pochówku, z wyraźnym nakreśleniem dekoracji lat 90. ubiegłego stulecia "w kartonie po wieży marki pionieer", to rodzaj inicjacji - próby męstwa. Takich prób jest więcej. Na kartach książki zapisany jest kolejno po sobie postępujący proces inicjacyjny, w tym seksualnej: "obudzony ze smakiem jej krocza w ustach" [niedziela palmowa], "oblałem maturę, za to z anetą zdałem pomyślnie - na zaszczanej wydmie" [ostatni krok w chmurach], "poza tym tradycyjnie, anal, oral z połykiem i pełna higiena [o obrotach ciał bezimiennych]. Dziś już nie szokuje takie słownictwo, dziś nawet nie wnosi nic nowego, choć czy miało wnieść? Nie zakładam takiego zamysłu autora. Poprzez różne autobiograficzne wydarzenia, poznajemy Majera. Kilka wierszy poświęconych jest śmierci jego matki. Śmierć w ogóle jest motorem tej opowieści. Mejer pisze o śmierci w sposób beznamiętny, bo i w sposób ekshibicjonistyczny. Napotykana w różnych odmianach, nie powoduje u autora egzystencji otwartej rany. Czytelnik może pomyśleć o utracie swojej matki (czytając te wiersze), ale nie ulegnie wzruszeniu. Pewnie dlatego, że wiersze Majera są przykute do kartki. Nie mają polotu, nie uciekają w przestrzeń. Rzeczywiście grawitacja spowodowała, że są ociężałe, ciężkie jak kamienie, o których autor czasem pisze, i które są motywem okładkowego zdjęcia. Te wiersze poruszają ważne tematy, opisują ważne sceny życia, a jednak problemy wbudowane w dość słabą tkankę wiersza nie tworzą misternego, oryginalnego splotu formy i treści.
Pamiętnik na przestrzeni ponad dziesięciu lat - to częsta forma debiutu. Pokazać siebie we wszystkich odsłonach - od młodzieńczych, po zostanie choćby ojcem. Dla Majera to ważna sprawa - ojcostwo. Wiersze "USG", "sala porodowa" najlepiej o tym świadczą.
Autor jako debiutant popada czasem w mentorstwo. W wierszu "Ars amatoria" pisze: "Prawdziwe zło nie jest odruchem. Pamiętaj o tym, bo jeżeli chcesz być dobry musisz być naprawdę zły. Diabeł tkwi w szczegółach". Pułap trudny do zdobycia przez debiutanta i zupełnie niepotrzebny. Za to potrzebny jest ton obrazoburczy i ubolewam, że autor tak go poskąpił. Bo przecież trawestacja "odnawia mnie oblicze ziemi, tej ziemi" [ostatni krok w chmurach] w kontekście aktu seksualnego czy "czerwone cipki na Monte Cassino" [sopot nocą] jako rewolucja frywolnych kobiet, dezynwoltura współczesnych młodocianych, jest czymś ciekawym, zatrzymującym czytelnika. Szkoda, że tak mało jest właśnie tego typu obalania rzeczywistości. Szkoda, bo wiersze te są poprawne. Nie są przegadane, są świadome. Gładkie w czytaniu. Mam jednak wrażenie, że nic (poza wyjątkami) w nich nie krzyczy, że brakuje w nich wrzawy, eksplozji, protuberancji, chaosu, a jest jedynie monotonna grawitacja. Choć oczywiście wiersz o tytule "Krzyk" jest w tomie pomieszczony. Wiadomo jednak, że nie sztuka podać słowo, nazwać stan, ale wielkim zadaniem jest tak zbudować plastyczny obraz, by krzyk sam wylał się z czytającego.
Jak na debiut jest całkiem dobrze, ale czy całkiem dobrze może zadowolić?
Autor zapowiada już kolejną książkę. Będą na nią czekać, z nadzieją, że zacznie w niej buchać, kipieć i wylewać się cała prawda o rzeczywistości życia Majera.
[Dawid Majer, Księga grawitacji, Nowa Ruda 2009, s. 50]
 ©
Wszyscy jesteśmy skazańcami - jedyna różnica leży w realiach.
O dykteryjkach Baczewskiego słów kilka.
Do rąk czytelników trafiła niedawno wydana przez Bibliotekę Kwartalnika Kulturalnego "Opcje" książka będąca zbiorem opowiadań "Dykteryjki o Bogu, przyjaźni i wielbłądach" Marka Krzysztofa Emanuela Baczewskiego. To pierwsza propozycja prozatorska tego uznanego poety.
Wielbłądy na zdjęciu idą po piachu. Wygląda na to, że osiągają właśnie pozycję odnalezienia właściwej drogi, dokonania wyboru kierunku.
"Ja byłem tym, co cwałował pod bajlifem Askalonu. Pamiętam ostry piasek Sahary, orzeźwiające oazy, zaciekłe twarze Berberów. Pamiętam morderczy upał, przed którym nie było lepszego schronienia niźli w jeszcze większym upale cielesnej pożądliwości. Pamiętam bezkresy przestrzeni (nie jeden bezkres, ale bezkres bezkresów!), wysmagane do krwi biczem słońca. A jednak nie da się ukryć, że pamiętam to, czego pamiętać nie mogę. Wielbłądy nie cwałują. Nie pozwala im na to kabłąkowata architektura pęcin". Zderzenie światów, świat okiem wielbłąda, wielbłąd jako metafora podwójnej samotności, podwójnego wielbłądzenia, a wszystko to w przekonaniu, że "świat nie jest odpowiednią stajnią dla mojej niemocy".
Dykteryjka z założenia ma być krótką powiastką żartobliwą, zabawną facecją i to też jest przewrotność Baczewskiego, bo jego opowieści tylko z pozoru są wesołe. Wszystkie opowiadania dotykają najtrudniejszego ludzkiego problemu - bolesnej samotności, której zniesienie nie jest możliwe. Opowiadania te są rodzajem zbioru złotych myśli (przewrotnych myśli), gotowych oglądów rzeczywistości: "Niedoczekanie nas wszystkich przeczeka" (Trzej przyjaciele); "Można powiedzieć tylko tyle, że nic nie można powiedzieć" (Charon); "Wiedza - tym bliższa, im bardziej nam się wymyka" (Most); "Życie jest samo w sobie wyrokiem. Na śmierć dopiero trzeba skazać" (Skazaniec). Dobrze się tak zbudowaną prozę czyta. Syntetyczny język tych opowiadań pomaga skupić się na treści, zwłaszcza, że w dykteryjkach tych nie ma jakiejś szczególnej nostalgii za obrazami fragmentarycznie zakodowanymi w pamięci autora. To nie są tęskne westchnienia, a zbudowane z rozmysłem - dykteryjki właśnie - które nie wyrosły z potrzeby stworzenia mitu kompensacyjnego wobec niedostatków rzeczywistości. To raczej uogólnienie i odpowiedź na nieuchronność spustoszeń jakie czyni czas w świecie wszystkich prezentowanych bohaterów. Kafka, Huelle, Chwin nasuwają się jako odnośniki, reminiscencje tej prozy. Ba, nawet Woody Allen ze słowami: "Było tak zimno, że gdyby termometr był o cal dłuższy zamarzlibyśmy na śmierć" - to droga Baczewskiego.
W "Skazańcu" egzekucja to wyraz ostatecznego zniechęcenia, pasywności i rozbratu z wiecznie i nieuleczalnie chorym światem. To obraz sytuacji człowieka zamykającego już swoje istnienie i poddającego się ostatecznej rezygnacji. Ale zakończenie odkrywa zdumienie jako odruch rudymentarny i pierwotny, jako odruch każdego z nas wyrażający przecież związek człowieka ze światem istot żywych. I to rodzące się w czytającym przekonanie: wszyscy jesteśmy skazańcami, a subtelna różnica leży jedynie w otaczających dekoracjach. Jakie dekoracje przygotował nam Baczewski - polecam się przekonać samemu.
(M. K. E. Baczewski, DYKTERYJKI o Bogu, przyjaźni i wielbłądach, Katowice 2009)
 ©
WARTO POCZYTAĆ
"Zeszyty don Rigoberta" Mario Vargas Llosa
Znasz ślicznego Alfonsito? Chłopca o anielskiej twarzy i duszy diabła? Pasierba, który uwiódł swoją macochę i doprowadził do rozpadu małżeństwa ojca? Czytałeś o uczuciach erotycznych jakie w pięknej kobiecie obudził ten dzieciaczek? Jeśli nie - sięgnij najpierw po książkę "Pochwała macochy" napisaną przez Vargasa w 1988 roku. Dziś - po ponad dwudziestu latach - mamy jej kontynuację. W "Zeszytach don Rigoberta" powraca Fonsito, powraca zmysłowa dona Lukrecja i wszystko, co dla twórczości Vargasa jest charakterystyczne: buchający erotyzm, obsceniczność, zmysłowość opisów nie tylko aktu seksualnego, ale wszystkiego co bohaterów otacza. Zlizujące miód z ciała dony Lukrecji kotki, to tylko jedna z fantazji. Później jest jeszcze lepiej, bardziej i mocniej.

Eric-Emmanuel Schmitt "Ulisses z Bagdadu"
Kiedy myślę - Schmitt - to myślę "Oscar i pani Róża". Wzruszająca opowieść o umierającym dziecku. Kto nie czytał, niech szybko pobiegnie do biblioteki lub księgarni. Czy z najnowszą książką "Ulisses z Bagdadu" jest podobnie? I tak i nie. Tym razem to zupełnie inny świat, to zupełnie inne realia, ale podobny temat - śmierć i chęć życia. To odważna książka, w której pada wiele oskarżeń. Oskarżany jest Saddam Husajn, prezydent USA, reżim i wszystko co wiąże się z sytuacją Iraku. Mocne otwarcie i konieczność rozpoczęcia wędrówki przez młodego bohatera. Ten, który doświadczył wiele złego, utracił miłość, rodzinę, rusza w świat. Saad Saad znaczy po arabsku - nadzieja nadzieja, a po angielsku brzmi jak - smutny smutny. Te dwa stany przeplatają się cały czas w książce Schmitta. W zależności od tego, co w naszym życiu gra pierwsze skrzypce, po lekturze tej książki możemy mieć wciąż nadzieję lub bardzo się zasmucić. Ale aby tak się stało, trzeb książkę przeczytać.

Kazimierz Kutz "Piąta strona świata"
Kutz to znany reżyser, eseista, publicysta i polityk. Teraz kolejna odsłona - pisarz, a właściwie świetny gawędziarz. Śląsk to temat bardzo trudny, który poruszać może tylko ktoś, kto z tego miejsca się wywodzi. Trzeba mówić tamtejszym językiem, trzeba mieć w rodzinie i tych, którzy uznają się za Polaków, i tych mówiących o sobie - Niemiec i takich, co są tylko Ślązakami. Kutz urodził się i wychowywał w Szopienicach na Górnym Śląsku. To dlatego mitologizuje Śląsk, a jednocześnie pokazuje jego prawdziwe oblicze - oblicze ludzi wrażliwych, twardych, mądrych, a czasem też głupich. To opowieść bajarza, któremu się wierzy, bo jak nie wierzyć takim słowom: "Widzę łupinę rozdygotaną dłońmi matki, widzę, jak grawitacja ciągnie ją ku podłodze, a mnie korci i elektryzuje nagie łono matki, kosmate i pulchne na dnie rozchylonych ud. Poczułem nieznany mi wstrząs i mój mały Paulek napęczniał w spodniach: stamtąd wyszedłem i tam pragnę powrócić".

Marc Bekoff "O zakochanych psach i zazdrosnych małpach"
Zwierzęta czują tak jak ludzie. Dziwią ciebie te słowa? Jeśli masz jakieś wątpliwości, ta książka Bekoffa jest właśnie dla ciebie. Są w niej bowiem zamieszczone historie zwierząt, które opłakują swoich zmarłych, poszukują zaginionych, troszczą się o niepełnosprawnych, kochają inne zwierzęta. Obrzęd pochówku wrony przez jej współbratymców, to wzruszający opis, który każdemu człowiekowi da wiele do myślenia. Podobnie jak historia niedźwiedziego losu w Chinach, gdzie zwierzęta są specjalnie dręczone, by pozyskiwać ich żółć. Jeden z uratowanych niedźwiedzi okazał się wspaniałym kompanem dla ludzi. Wybaczył im wszelkie cierpienia, jakich przez ponad dziesięć lat doznawał. A więc i wybaczanie nie jest zwierzętom obce. Psy ratujące inne zwierzęta, zazdrosne małpy czy płaczące słonie, to żywe przykłady na bogactwo życia emocjonalnego naszych braci mniejszych. Warto lepiej poznać ten wyjątkowy świat.

Piotr Wereśniak "Nie szukaj mnie"
Napisał scenariusz do "Kilera", "Złotopolskich", "Na dobre i na złe", więc wie jak przykuć uwagę odbiorcy. W swojej powieści "Nie szukaj mnie" Wereśniak zbudował świetny klimat sensacji, zagadki kryminalnej z elementem dobrego romansu. Zła dziewczynka kradnie złym chłopcom ogromne pieniądze. Ucieka i zaczyna żyć nowym życiem. Nie jest to jednak głupia gąska i w pewnym momencie orientuje się, że coś jest nie tak. Nawet zakochuje się prawie wbrew własnej woli. Śmiertelne niebezpieczeństwo jest co raz bliżej. Kontakt za pomocą jedynie skajpa, nowoczesna technologia użyta na rzecz walki z przestępcami, szybkie przemieszczanie się. Piękne miejsca na świecie, piękni ludzie. Dobra rozrywka. Dobra książka do poczekalni u lekarza.

Kristin Harmel "Moje rzymskie wakacje"
Jeśli lubisz wzruszać się podczas lektury, uronić łezkę nad ciężkim losem bohatera, ta książka jest dla ciebie. Jeszcze bardziej dla ciebie, jeśli jesteś kobietą i to taką po przejściach, a właściwie na zakręcie życia. W książce tej dowiesz się wiele o sobie samej, o życiu i trudnych wyborach, Główna bohaterka pokaże ci jak warto żyć, jak kochać i jaką stawać się każdego dnia. Do tego Rzym, jego nocne uroki. W tle amerykański film z 1953 roku z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem, specyficzny klimat, piękni Włosi i szalone Włoszki. Do tego szczypta ironii, dobry humor i piękna miłość. Czego jeszcze więcej chcieć od książki obyczajowej. Istne wakacje i odpoczynek przy czytaniu.

©
"ŚWIATŁOCZUŁOŚĆ" Krzysztofa Szymoniaka
"Światłoczułość" - jak na tytuł książki poetyckiej - to desygnat z pozoru oderwany od zagadnień stricte poetyckich, bo przecież oznaczający wielkość określającą stopień reagowania materiałów fotograficznych na światło. Znajomość światłoczułości umożliwia określenie prawidłowej ekspozycji owych materiałów. Pozornie odległe, a jakże w książce Krzysztofa Szymoniaka tożsame z kondycją psychiczną prezentowanego bohatera. Bohatera, który jest i rzeczywisty i pozorny, który poprzez swoją symulację wzbudza negatywną fascynację odbiorcy.
Przezroczystość tego wędrowcy, pamiętnikarza, nawet pustelnika sprawia, że czytelnik staje się obserwatorem bezkształtnej, nie posiadającej żadnej formy masy, mimo, iż podglądany świat jest obsadzony postaciami typu prostytutki, pijacy, bezrobotni, bezdomni, "odziani w dresy królowie życia i trolle" [gdzieś tam]. Postaciami wyróżniającymi się przecież z tłumu, mieszkańcami ulic, na których: "piją, w kołysce / uczą tu rzemiosła, rynsztoki pełne są rodaków wzdętych, kurwa / na ustach, Bóg w sercu, ojczyzna w ołowianym śnie" [nie ma mnie w domu]. A jednak dobór takich życiorysów, takich jednostek zagubionych w bezsensie, destrukcji i wszech występującym wyobcowaniu, idealnie odseparowuje obserwatora od świata. Właśnie w tym momencie bohater staje się rodzajem symulakrum samego autora. Jest repliką oraz pozorem repliki myśli i stanów emocjonalnych Szymoniaka. Odnoszę wrażenia, że podawany przez Baudrillarda przykład, iż podczas udawania choroby, symulant rzeczywiście doznaje pewnych "prawdziwych" objawów i w ten sposób nie można obiektywnie stwierdzić, że jest on nie-chory ( Baudrillard: Precesja symulakrów, w: Postmodernizm. Antologia przekładów, Kraków 1998, s. 176.) sprawdza się w przypadku wierszy Szymoniaka. Ten autor intryguje swoją symulacją. Zaciekawia autokreacją, gdy staje się rodzajem postaci poza światem ukazywanej pustki. Ale to tylko wzmaga w nim poczucie osamotnienia. Nie może bowiem zbliżyć się do ludzi, na których patrzy, którym nawet zazdrości.
On jest idealnie wyalienowany. On - czyli Szymoniaka w swej auto symulacji, który pisze o sobie: "gdzie obraz twojego ciała udaje kogoś kim nie byłeś i kogo nikt tam nie pamięta" [autoportret]. Ważnym dopełnieniem tej repliki siebie samego przy wyalienowaniu i osamotnieniu jest kategoria obcości, która wyziera z wielu wierszy. Obcość należy przecież sama z siebie do tych uniwersalnych problemów, których usunąć nie sposób, i które wciąż niepokoją. W swej obcości, Szymoniak zachowuje się trochę jak widz, jak operator kamery, jak fotograf właśnie szukający właściwej ekspozycji, odpowiedniej światłoczułości. Przybliża się do "bolesnej jasności, światła życia, po prostu światłoczułości" i od niej oddala. Często ucieka w sen, ale i we śnie obcy zakłóca zbudowany przez innych pozorny ład. Zakłóca nie przez to nawet, że jest, lecz dlatego, że w ogóle może być, że może tam spotkać inny - równie beznadziejny świat: "potem idziesz spać, leżysz w obcej pościeli / śniąc byle jakie sny o byle jakiej miłości / i tak dzień po dniu, noc w noc, to znaczy / czasem przeleci mucha lub zadzwoni telefon, / jednak muchy / szybko giną, a głos w słuchawce / twierdzi, że to pomyłka, więc sen" [stare czasy]. Obcy bywa na skrajnościach. Raz tam gdzie można: "łapać wiatr w żagle dłoni/ po deszczu tęcza za tęczą, motyle falą stadem jak oszalałe / policzyć mewy", a innym razem tam gdzie: "beton i asfalt, złodzieje w czarnych bmw, opuścić dżunglę, potem zwątpić w pieśń" [zwątpienie]. Obcy pragnie "miłości i spokoju", a znajduje "dzicz i schizofrenię" [pożegnanie].
Nic jednak nie może na tę biegunowość poradzić, bo życie ma właśnie takie oblicza, często zmanipulowane. Dlatego też można pomyśleć, że postaci z wierszy Szymoniaka żyją tylko i wyłącznie w świecie, gdzie wszystko może być manipulacją, symulacją, gdzie wszystko może ulec rozpadlinie. Na szczęście w jednym z wierszy mamy cudowne obalenie tej tezy. Obalenie, które napawa czytelnika odrobiną przekonania o tym, że jest jeszcze gdzieś świat, w którym nie wszystko jest charakteryzowane jedynie przez domniemanie czy supozycję. Świat, w którym Szymoniak ostatecznie trwa i, w którym jest miejsce dla światłoczułego czytelnika: "przecież nie wykreślono jeszcze ze słowników piękna / i nadziei przecież nie wszędzie zbrodnia legnie się / w zaułkach przecież są jeszcze sprawy święte i rzeczy / nie z tego świata są jeszcze romantyczni kochankowie / są lipowe aleje i parki pełne zdrowych kasztanowców / aby trafić tam może nie wystarczy być i omijać zaplute / karczowiska może trzeba jeszcze brać się z ohydą za bary" [gdzieś tam]. Warto trafić do świata wierszy Krzysztofa Szymoniaka, gdyż poza wspomnianymi tutaj kategoriami jest w nich jeszcze wiele erotyzmu strojnych i nieobyczajnych kobiet, bliskich i dalekich śmierci, powitań i pożegnań, wiatru, który "nigdy nie będzie człowiekiem, a człowiek ognia nie prześwietli, może się tylko zapatrzeć, zachwycić, zapomnieć, przekroczyć" [przekraczanie].
[Krzysztof Szymoniak, Światłoczułość, Galeria Autorka, Bydgoszcz 2009, s. 50]
 ©
Kto tu komu udziela lekcji? O książce Natalii Pałczyńskiej kilka słów.
Książkowy debiut poetycki rodzi zawsze obawy. Obawy o to, że na pewno nie obejdzie się w debiutanckich wierszach bez aniołów, bez krwi, bez "kościoła drzew". W ciemno można ryzykować określenie właśnie tych tematów. Miło by było się rozczarować, ale jednak w przypadku "Lekcji anatomii" Natalii Pałczyńskiej - zawodu miłego nie ma. Jak najbardziej kilka wierszy poświęconych jest tym istotom nadprzyrodzonym, które wszędzie bytują, które to i owo robią, a autorka - jako poetka - ma z nimi kontakt (no choćby je w jakiś sobie tylko znany sposób obserwuje). Wolno jej. Podobnie krew, która przelewa się w różnych odmianach i dookreśleniach. Krew i antykoncepcja - wiadomy jest bowiem związek braku krwi i nieskuteczności metody zapobiegania przyrostowi naturalnemu. Znów powiem - wolno autorce.
Nie to jest bowiem najtrudniejsze do zniesienia w trakcie czytania książki. Denerwuje nierzetelność autorki, która udziela lekcji czytelnikowi w nieporadny sposób. Otóż weźmy za przykład wiersz noszący tytuł . Autorka popełnia w nim merytoryczny błąd braku "/" (ukośnika), a jak każdy posługujący się owym językiem komputerowym wie - bez zamknięcia sekwencji ukośnikiem - protokół html nie zadziała. Nie wiem na ile autorka zna ów język, ale taki, a nie inny zapis wiersza - wskazuje na brak wiedzy. Cóż - jeden zero dla czytelnika. Jak najbardziej zaznaczyć trzeba, że autorka jest absolwentką dobrego liceum, a obecnie studentką. Dlatego kolejne lekcje są czytelnikowi również zaserwowane: lekcja mechaniki, w której autorka pisze iż "śrubokręt wwierca się" - choć powszechnie wiadomo, że "śrubokręt wkręca się", a wwiercać może się wiertło. Cóż - dwa zero dla czytelnika; lekcja kolejnictwa z TGV; lekcja pojęć typu plastynacja, kutykula, imprinting, dentrytus, esplanada. A jak - niech czytelnik sięga do encyklopedii, niech się dowiaduje. Jestem za zdobywaniem wiedzy - więc dwa do jednego. Łacinę to autorka w liceum miała, a i pewnie na studiach ma - bo pojęć łacińskich ogrom w książce. Czemu służą - poza zamanifestowaniem erudycji - nie wiem. Nie przyznam punktów.
Kosmopolityzm to zjawisko pozytywne, choć kosmopolityzm językowy stwarza w przypadku książki poetyckiej wrażenie grochu z kapustą, bo jak inaczej podejść do połączeń typu: origami, recykling, eviva l'arte, cytaty łacińskie, cytaty fińskie z Tarjy Turunen na przykład (bez oczywiście tłumaczenia, bo każdy z polskich czytelników biegle włada językiem fińskim - no ale konsekwentnie, bo tłumaczeń z łaciny również nie ma). Znów nie wiem czemu to wszystko ma służyć. A lekcja warsztatu pisarskiego? Owszem jest. Autorka w wierszu "posłowie" pisze: "w moim wierszu nie ma rymów". Czyżby? Skoro jest to posłowie - uważam, że autorka pisze o wszystkich swoich wierszach, które są pisane wierszem wolnym, ale niestety z rymami. Pojawiają się w wierszach Pałczyńskiej asonanse, które szpecą wiersz wolny np. snajpera - skalpela; farbą - bielą; podania - naczynia. To są rymy i warto, ba - należy ich unikać w tak prowadzonym zapisie poetyckim jaki stosuje autorka "Lekcji anatomii".
Lekcji, których jeszcze wiele musi odrobić, o czym sama dobrze wie pisząc: "jak wiele może nauczyć się człowiek przez 45 minut / efekt zależy od punktu przyłożenia / oraz kierunku działającej siły i jest wprost proporcjonalny / do młodzieńczej fascynacji ciałem". Jeszcze z wielu fascynacji ciałem będzie musiała autorka zrezygnować na rzecz ciężkiej naukowej pracy. Ale odmówić Pałczyńskiej sprawności językowej nie można!!! Podkreślam to - wiersze Natalii Pałczyńskiej czyta się dobrze. Siłą książki "Lekcja anatomii" jest to, że autorka nie uprawia ekshibicjonizmu, a swoje przemyślenia podaje świadomie. Ona się dopiero uczy.
Debiutancka książka jest dopiero jej "Zeszytem ćwiczeń z poezji". Zeszytem, który niefortunnie otrzymał taką samą okładkę jaką w tym roku zaserwował swojej trzynastej z rzędu książce - Stefan Jurkowski. Nie mniej ni więcej - tylko ta sama grafika Leonardo da Vinci na okładce, ten sam kolor, jedynie inaczej rozplanowany tytuł i autor (Stefan Jurkowski: Pod każdym słońcem, Wydawnictwo ASTRA, Łódź 2010, s. 87). Szkoda. Podobnie jak szkoda niedoróbek korektorskich - na szczęście nie w wierszach, tylko w spisie wierszy (strony wraz z tytułami się nie zgadzają) i spisie wydawnictw. Jeśli coś ma się obronić - obroni się. A jeśli z Natalii Pałczyńskiej ma w przyszłości być poetka - będzie i nawet rzucający się w oczy nakaz zachwycania się tym jaka to autorka jest mądra, jaka jest skomplikowana, nie stanie jej na drodze. Czego młodej osobie z serca życzę.
Natalia Pałczyńska: Lekcja anatomii, Wydawnictwo ZLP, Gorzów Wlkp. 2009, s. 60,

Widzimisię, czyli demiurg simulacrum. O Książce Jerzego Suchanka (recenzja zamieszczona w "Pro Libris" listopad 2009)
Słownikowa definicja widzimisię to - własny pogląd, własne upodobanie nie liczące się z niczym. Tak właśnie widzimisię jest realizowane w książce Jerzego Suchanka, pod takimże znamiennym tytułem: "Widzimisię", wydanej przez wydawnictwo Literatura Net Pl (Gdańsk 2008). Życie Widzimisię - bohatera książki (poety), jego obecność w przeszłości i teraźniejszości oraz jego wyobrażenie o życiu, jest rodzajem ruchu ku sobie samemu, ku autorowi. Ten ruch to domagający się pogłębionej refleksji dar sprzeciwu. Dar sprzeciwu wobec zastanych i zastałych struktur, wobec utartych mniemań, akademickich komunałów, ale nie takim sprzeciwem, jakim bywa udawany i przez to pusty gest. Ten sprzeciw ma tutaj walor głębszy.
Pod pozorem niepopartej racjonalnymi przesłankami negacji jest widoczny obraz niepokojącego ducha, demiurga simulacrum właśnie. Poprzez kreację Widzimisię następuje poszerzenie stanu umysłu. Za sprawą coraz to nowych ujęć Widzimisię, nowych jego obrazów, ktoś (autor) kto się przez te wiersze wypowiada, kogo za nimi widzimy, wciąż staje się odmieniony, niejako pomnożony. Dzięki stwórczej mocy narracji książki, Widzimisię stanowi centrum wszechświata. Widzimisię ma swój własny byt: żyjący w świecie materii, więc chorujący, myślący, więc wątpiący; ma wyrazisty status socjalny, społeczny, ustrojowy. Widzimisię kwestionuje tezy religijne i filozoficzne:
Niebo gwiaździste nade mną
I Widzimisię we mnie
[Widzimisię Immanuela Kanta w reinterpretacji postmodernistycznej].
Podobnie jak w tekście pod tytułem: "Wspólne Widzimisię Pozarządowego Centrum Miłośników Drobiu oraz Europejskiego Rzecznika Większości Mniejszości Religijnych i Seksualnych w sprawie Kota Schrödingera".
Widzimisię jako simulacrum, jako byt otwarcie negujący świat, ma swoją rolę do spełnienia:
Widzimisię / uwypukla / co / Ważne
[Widzimisię medialne].
W Widzimisię ważny jest język - ascetyczny w wyborach stylistycznych, za to bogatych w kombinacje leksykalne. Język Widzimisię to rodzaj kolażu, który przecież zawsze coś niszczy, wywraca, dyslokuje, aby ulokować, relokować, umotywować w nowym zestawieniu (jak o kolażu w sztuce pisał Tomasz Załuski). Dzięki takiemu właśnie podejściu do języka Jerzy Suchanek w zakresie słownictwa przełamuje stałe związki językowe, zderza na nowo poszczególne wyrazy, rozregulowuje ustaloną frazę, w związku z czym uzyskuje efekt groteski, zmiany sensu poszczególnych elementów. Ta zabawa słowem - bawi odbiorcę, wciąga czytelnika w rozgrywkę intelektualną. Wielokrotnie Widzimisię przemawia w zaledwie kilku słowach (jednym nawet!), będących pointą samą w sobie. W wyśmienity sposób autor popuścił semantycznej smyczy i dał się ponieść, a przez to poniósł czytelnika w świat Widzimisię.
Ba, Widzimisię jest ironicznie wariantywne. Ma inny głos, zasób leksykalny dla dorosłych i dla dzieci:
Zasłyszane
Kino / Kolacja / Kopulacja (widzi mi się, że w wersji dla dzieci to będzie: koedukacyjne śniadanie) [...]
Trawka! / (w wersji dla dzieci: kadzidełka indyjskie, takie same, jak mamusia zapala, gdy się wykąpie i czeka, aż się tatuś wykąpie).
Widzimisię poprzez swoje założenie bywa świetne w rubasznym obscenum typu:
Buraczek wylizał Truskawce
Rzodkiewka obciągnęła Pomidorowi
(w wersji dla dzieci: Buraczek zamiast korepetycji z biologii u Rzodkiewki, wziął się za Truskawkę, tzn. zlizał je z Truskawki, no nie, też nie tak, widzi mi się, że najlepiej powiedzieć, iż Buraczek uwielbia truskawki ze śmietaną. Natomiast Rzodkiewka, zamiast dawać Buraczkowi korepetycje, zjadła zupę pomidorową; takie mieli Widzimisię).
Widzimisię jako kreacja, jako multiplikacja Widzimisię (ze zwróceniem uwagi również na Widzimisię czytelnika obupłciowego), co już we wstępie zostaje tautologicznie podkreślone: Widzimisię książka jest Widzimisię przeznaczona do użytkowania/czytania, tak jak kobieta/mężczyzna są przeznaczeni do kochania (nie kochających i nie kochanych skreślić), nie jest bezbolesne. Poprzez kolejne strony obnaża, w obłąkańczym prawie nicowaniu życia Widzimisię, rodzaj deadline intelektu.
Nie należy mylić tego z wpływem czytania Widzimisię na odbiorcę, bo przecież "uspokojono" czytelnika, iż czytanie Widzimisię nie szkodzi i Widzimisię nie nadweręża.
Ciekawe jest w książce zagadnienie - w czym kreacja Widzimisię dostrzega poezję? Oczywiste, że w:
W Sole
w Otoczakach
Poezja
[Widzimisię poezja]
co jest jednak nie tylko autoreklamą poprzedniego tomu poetyckiego Suchanka pt. "Bębny" (2007), w którym leitmotiv'ami są między innymi i Soła i otoczaki.
Kwestia kamienia w "Widzimisię" pojawia się kilkakrotnie, zwłaszcza w wierszu zatytułowanym: "Przypowieść o Widzimisię na Rozstajach - kanon":
[...] Widzimisię / wróciło / by zabrać / ze sobą / Kamień.
Podobnie jest w wariantowym wierszu "Przypowieść o Widzimisię na Rozstajach - apokryf". W cały ten motyw kamienia wpisuje się "Regulamin Nagrody Otoczaka", którą autor od trzech lat przyznaje literatom, których ceni, a który w przewrotny sposób uczynił dziełem literackim wchodzącym w skład "Widzimisię". Widzimisię ma ogromnie wiele kreacji - tyle, ilu jest możliwych odbiorców.
Muszę przyznać, że lektura "Widzimisię" sprawiła mi więcej przyjemności niż lektura wierszy niejednego (niejednej) z utytułowanych ostatniej dekady. "Widzimisię" jest oryginale, a przez to jedyne w swoim rodzaju. Widzi mi się, że to świetna książka poetycka.
©
Przestrzeń wewnętrzna Waldemara Jochera
Debiutancki tom "Reszta tamtego ciała" składa się z trzech zróżnicowanych części: Wchodząc, Dachy, Schodząc, które w sumie kreują Przy czym nie jest to heglowska teza, antyteza i synteza, sferę doznań, w której przeważa profanum, jaką jest seksualność. W kontekście tytułu - te trzy części ksiązki odczytać należy jako właśnie symboliczne przedstawienie aktu miłosnego kopulacji: gra wstępna, szczytowanie, wytchnienie - gdzie dachy są zdobytym szczytem. Bo przecież:
"wszystkie drogi prowadzą na dachy, okrążamy szczyty.
mamy najlepsze miejsca na dotyk, widzenie i słuch, ale
są tez inne zabawki. Zostawmy w dole krajobrazy. Znikają wzory, i rozwiązań zero, i nie wypada tak od razu spinać
ciało i rękawy. Najpierw nakłuwamy powietrze, by spadało.
[wstępne dreptanie (na górze - na dole i blisko)].
Z części pierwszej autodestrukcja, koniec świata i nowe ścieżki, to widoczny w twórczych przemyśleniach duży wpływ Rafała Wojaczka - mitu poprzedniego?. Widoczny, ale przecież nie narzucający się.
Nie ma w tej książce "patynowania" tekstów, co bardzo mi się podoba. Za to jest gęstość znaczeniowa, mnogość bytów, konotacji wsobnych, ukierunkowanych na analizę psychologiczno-emocjonalną. Ale nie jest to tylko zwykła obserwacja, emanowanie wewnętrznym cierpieniem. To poszukiwanie pewnej wartości ukrytej pod płaszczem zwątpienia. Nasuwa mi się tutaj termin szczególnie przypisany fantastyce, ale przecież również oddający to, co może dziać się w poezji - tzw. inner space (przestrzeń wewnętrzna). Przestrzeń, która istnieje bardziej w wyobraźni, w umyśle człowieka, niż w jakiejkolwiek rzeczywistości, bo czy dach jest konkretną rzeczywistością, czy tylko wyimaginowanym miejscem, w którym podmiot penetruje - dosłownie swój portret?.
Oczywiście Jocher jako debiutant popełnia jeszcze wyraźne chwyty typowe dla twórczości choćby z kręgu "bruLionu".
Wiersz "ciągnienie przewodu gruczołu jadowego w celu rozpracowania głowotułowia, polegające na przyjęciu istnienia lub nieistnienia" (od razu rodzi się pytanie: po co taki długi tytuł?), to charakterystyczna budowa obrazu: pokazanie bohatera, dalej uwagi na temat zwątpień, zmienności, później przełom:
"co faluje wewnątrz, jest/ pornograficznym wiatrem - tchnieniem w muzeum mas".
Typowa budowa metafory przełamującej tok wiersza, jak u Świetlickiego. Zakończone to wszystko tanią prowokacją:
(może jednak coś zobaczę, może coś odpowie, może coś
nie
jest kobietą, odwłokiem i sromem. Jest to wrażenie sierści).
Takie chwyty nie robią niestety już na nikim wrażenia. Na szczęście nie jest ich w książce wiele. W książce, która takich mankamentów ma niewiele i jest mocnym debiutem. Debiut ten powinna być dostrzeżony przez szeroka grupę odbiorców. Czego, bardzo sympatycznemu autorowi, serdecznie życzę.
©
RECENZJA KSIĄŻKI KAROLA GRACZYKA "ŁOWY"
"Dlaczego tedy nudzi mnie i męczy ten
farmaceutyczny ekstrakt zwany "czystą poezją?" Witold Gombrowicz
|
|
Nowa książka zawsze mnie cieszy - to przecież szansa na przygodę, na podróż w nowe światy. Zasiadam więc do "Łowów" Karola Graczyka. Cieplutka, nowiutka, okładka zachęca, podobnie jak nazwisko autora - nic tylko czytać. No i tu pojawia się problem. Ledwo znoszę pierwsze dziesięć stron. Zaczynam się irytować, zaczynam się nudzić. Myślę - to tylko gorszy dzień - przeczytam jutro. Sytuacja się jednak powtarza. Jutro nie jest jednak lepiej. Nie mogę doczytać książki do końca. Nuda. Rodzi się pytanie - dlaczego? Zastanawiam się. Biorę do ręki nowości wydawnicze: "Centrum likwidacji szkód" Krzysztofa Siwczyka - nie nudzi; sięgam po Pawła Targiela "Halsem", Bogdana Prejsa "Sms dla ludożerców" czy nawet Marka Krystiana Emanuela Baczewskiego "Morza i inne morza" - nie nudzą. Co więc te książki mają, czego nie ma książka Graczyka? Albo, czego jest w książce Graczyka za dużo? Bingo.
U Graczyka nudzi powtarzalność. Powtarzalność zarówno formy (i to formy nieudolnej w realizacji, bo żaden to sonet, żaden trzynastozgłoskowiec - raczej trzynastosylabowiec bez poprowadzonej średniówki), jak i powtarzalność tematu realizowanego przez powtarzalne słowa. No bo jak inaczej zareagować ma czytelnik, gdy na 46 wierszy - słowo "drzewo" pada 18 razy (dodajmy do tego "las" i "drewno" po kilka razy); słowo "drzwi" pada razy 17, a wyrazy "ściana", "lustro", "krew" przynajmniej po 6 razy. Podobnie wyrazy: "kobieta", "seks", "piach". Autor nie panuje nad tym, że się powtarza. Owszem, istnieje możliwość leitmotivu, który celowo jest przeplatany w kolejnych wierszach, bo to wpisuje się w interpretacyjne założenie książki. Również sytuacja wyrazów kluczy, które otwierają kolejne pola znaczeniowe uzasadnia zapętlenie wyrazowe i ograniczenie słownika - ale akurat to nie jest żadna z tych sytuacji.
Celowo te kilka słów opatrzyłam cytatem z Gombrowicza - gdyż do niego chcę się odnieść. W eseju "Przeciw poetom" (polecam wydrukować i powiesić nad łóżkiem - wszelkie objawy grafomanii znikną bez śladu) Gombrowicz pisze: "zawężeniu języka w poezji towarzyszy zawężenie stylu" (W. Gombrowicz, Przeciw poetom, Kraków 1995, s. 23). Dokładnie widać to na przykładzie wierszy Graczyka. Można powiedzieć (cytując fragment jednego z wierszy), że jest to "jedna z tych historii, które najlepiej byłoby przemilczeć z dużą erudycją". Tym razem przemilczeć jednak się nie da, gdyż rzutuje to na poziom poetycki książki. Książki, która obnażyła słabości systemowe tzn. konieczność wydania dzieła, bo są na to przyznane pieniądze (czytaj stypendium artystyczne). Jeśli taka sytuacja dotyczy debiutanta - który chce zaprezentować dorobek twórczy na polu czasoprzestrzeni od początków twórczości do dnia danego - jest to uzasadnione. Jednak autor, który ma już dwie książki poetyckie, nie powinien sobie na coś takiego pozwolić. Te wiersze nie stanowią całości - są zbiorem przypadkowym, nieprzemyślanym, który ma łączyć jedno - forma. Jak już pisałam - nieudana w realizacji.
Wrócę do nudy - jeszcze coś mnie nudzi w "Łowach", a mianowicie nowomoda, czyli nic innego jak uleganie modom literackim, tendencji w pisarstwie. W poprzednich książkach Graczyk wyrażał siebie, wyrażał pokolenie 84. To było interesujące, ciekawe. Tym razem zajął się jedynie formą, odwracając się od wyrażania siebie, a Gombrowicz podkreśla: "musimy od czasu do czasu przerwać naszą pracowitą twórczość i skontrolować, czy to co wytwarzamy, nas wyraża" (W. Gombrowicz, op. cit., s. 27). "Łowy" niczego nie wyrażają, poza wypowiadaniem na kolanach uwielbienia dla boga jakim jest współczesna dykcja poetycka. Graczyk stał się kapłanem par excellance i ex professo mody na typ wiersza, na jego formę. Mody, która z całą pewnością minie. Warto tu jeszcze raz zacytować Gombrowicza: "czy poeci nie tworzą dla poetów? Czyż nie szukają oni jedynie wyznawców, tj. ludzi takich jak oni sami?" (W. Gombrowicz, op. cit., s. 26). Owszem. Jak najbardziej widać, że autor "Łowów"nie pisze dla zwykłego odbiorcy (zwykły należy rozumieć jako ten, który jedynie poezję czyta, samemu jej nieuprawiając), dla odbiorcy, któremu pseudo forma wiersza nie jest do niczego potrzebna. Zwykły czytelnik chce jakiejś wiedzy o świecie, jakiegoś przeżycia, zastanowienia, a nie układalności słów, zabawy słowem (w sposób niezabawny przecież). Kategoria "czystej poezji" wolnej od bezpośrednio wyrażonych treści intelektualnych i emocjonalnych, bez autonomii języka poetyckiego, może nudzić. To właśnie słowa (wyzwolone od retoryki i służebnych wartości komunikacyjnych) muszą odgrywać w niej najistotniejszą rolę, stanowić jedyną rzeczywistość. W "Łowach" nie osiągnięto ani treści, ani rzeczywistości słowa. No chyba, że autor uważa za ważną rzeczywistość słowa kilkakrotne wymienianie wiktuałów typu: chleb, chałka, ciepły kubek; napojów - wódka, kawa, drinki, mleko, wino czy używek typu tytoń i fajki. Jakub Winiarski mówi w takich momentach tego typu słowa: drogi piszący, czytelnika nic nie obchodzi co bohater pije, je i pali; wszelkie kawy, herbaty z cytrynką to nic nieznacząca "wata", która obnaża słabość warsztatową piszącego. Nie można się z tymi słowami nie zgodzić.
Co ciekawe, Graczyk w poprzednich książkach odznaczał się oszczędnością słowa, samodyscypliną twórczą. Niestety w "Łowach" jedna z największych prawd twórczych - konieczność skreślania - nie ma zastosowania. Oczywistym jest dlaczego - gdyż autor musiał się zmieścić w formę, w sztuczny twór jaki sobie założył - w imitację sonetu. Widać nadprodukcję słów - choćby w tak banalnych epitetach jak "drewniany stół", "drewniany okap". Brak panowania nad słowem to jedna z głównych wad tej książki. "Przecież pisanie poezji to nic trudnego. Trzeba tylko z kilkudziesięciu tysięcy słów wybrać najwłaściwsze i poustawiać je w najwłaściwszych miejscach"(W. Gombrowicz, op. cit., s. 27). Gombrowicz wiedział co pisze. Graczyk niestety tym razem nie wiedział lub nie chciał wiedzieć.
Przyjrzyjmy się konkretnie zabiegom poetyckim jakie autor stosuje.
Mamy w "Łowach" do czynienia z:
1. sylepsą, pochodną wyliczanki, z tym, że wylicza się dla efektu terminy z "różnych parafii". Czasem daje to efekt dość liryczny jak w "pomóż mi ustalić moją tożsamość własną względem lampy, suwaka albo psa sąsiada" (*** Maleństwo). Czasem efekt jest bardziej komiczny, wręcz groteskowy: "wszystko na miejscu i mrówki i groby" (***Mrówki wspinają się). Do przywoływania tematów naprawdę ważnych, wobec których ironia nie jest zamierzona, chwyt ten nie bardzo się nadaje;
2. przerzutnią w roli oszustwa. Ze szkoły wiemy, że użycie przerzutni wzbogaca znaczenie słów osadzając je w innym kontekście. Swoją zamierzoną obecnością, przez to, że zdania i linijki "nie pasują" do siebie, wytwarza się niepokój, wrażenie nieporządku świata przedstawionego. Graczyk stosuje przerzutnie bardzo często, za często, co jest podyktowane przecież koniecznością zachowania 13-zgłoskowca i to jest zwykłe nic niedające oszustwo;
3. metaforą zwiększającą pojemność słowa np. "zbierać kawałki z kobiet i hektarów ziemi" (***Maleństwo);
4. synekdochą np. "zjemy go słuchając Chopina" - dość powszechna, najprostsza z synekdoch, bo wiadomo, że sam Fryderyk Chopin nie zaszczyci swoją obecnością spotkania;
5. personifikacją zjawisk meteorologicznych "jesień podchodzi do drzwi" (Tupot kopyt),
"wychodzimy na wiatr, który wokół zbudował powywracane drzewa" (Odciskanie, gwałt);
6. onomatopeją - po wielokroć coś "trzaska", "zgrzyta", "trzeszczy", "tupocze", "stuka";
7. epitetem - dużo trywialnych przymiotnikowych dookreśleń np. "ciepła i bezpieczna depresja" (***Gołe ściany), "wspólna ścieżka" (***Leżymy); "lateksowe pamiętniki" (Krótka podróż) wyróżniają się in plus.
8. paradoksem - to siła stylu Graczyka "ściany zbyt odległe, by wyżłobić odciski palców" (Chmury na trawiastych kortach Wimbledonu); "bo cykle są dobre, jeśli nie powtarzają się" (Wschodni Olsztyn), "przyszłość jest przedawniona" (Nocna zmiana), "ostatnio nawet stoję coraz wolniej" (***Czekam na ciebie od rana). Grę paradoksu bardzo lubię.
Jak widać coś z poezji w tych wierszach jest, ale jest to liryka nieszczera i wymuszona, oparta na podpatrzonej tendencji szukania paradoksu (tak bardzo teraz popularnej w wierszach internetowych). Co do treści, jest jej w wierszach Graczyka w ilościach homeopatycznych. Bo gdyby nawet założyć, że "krew" i "piach" (często w wierszach poruszane) to zmaganie się autora z problemami egzystencjalnymi, to jednak cóż, jak świat światem są to zjawiska niezależne od nas, od stworzenia świata uporządkowane. Jest oto krew i czekający wszystkich piach. Jest byt i czekająca nas śmierć. Nic odkrywczego.
No ale przecież autor jest jeszcze młody, ma czas na znalezienie własnej treści, którą zaprezentuje w kolejnych przemyślanych książkach poetyckich. Poza tym autora należy pochwalić za płodność, za umiejętność napisania tak wielu wierszy w tak szybkim czasie. Podziwiam. Ba - jeszcze sprawa tego, że Graczyk zdobywa wiele nagród na konkursach za te (najprawdopodobniej) wiersze z książki - no cóż - jaki poziom konkursowiczów, tacy laureaci ... a poza tym jak to mawiał Edward Stachura "Wszystko jest poezją. Każdy jest poetą".
©
O koncepcji "Fastryg" Kiełb-Szawuły
Tekst publikowany w "Migotania PRZEJAŚNIENIA" nr 24/25, 2009, s. 52
"Świat jest pełen przedmiotów, mniej lub bardziej interesujących - nie chcę już dodawać nowych". Tak przed wieloma laty zamanifestował sztukę konceptualną amerykański artysta Douglas Huebler. Coś jest takiego w tych słowach, że jako pierwsze nasunęły mi się w związku z lekturą najnowszych wierszy (okołowierszy) z "Fastryg" Aleksandry Kiełb-Szawuły.
Konceptualny chwyt tej książeczki (mały format, mało tekstu) sam się odbiorcy narzuca. Narzuca się przede wszystkim poprzez chwyty: informacji, zbioru, otwartości i procesu. Informacja - bo książka Kiełb-Szawuły to próba bezpośredniego przekazu rzeczywistości; zbiór - gdyż nie ma w tym tomie klasycznie rozumianej formy wiersza; zastępuje ją układ pojęć, symboliczny zapis, a nawet wyliczenie składników; otwartość - przede wszystkim otwartość tekstu na rysunek, brzmienie oraz ekonomia wyrazu determinująca użyte środki; i najtrudniejsze założenie - proces.
Ostateczny produkt Kiełb to nie jest wiersz, a raczej znak: projekt lub relacja; to co z układu słów wynika - pewna zdematerializowana myśl.
Oczywiście nie wszystkie teksty spełniają te założenia - nie mniej przewaga jest właśnie tych konceptualnych. Bo przecież jak zrozumieć słowa:
malarz depresjonista / zaziębia widoki/
pozbawia złudzeń / obnaża szkielet /
w srebro stroi / me sny / na dnia i nocy / wirażu
[Grudzień].
Nie ma tutaj konkretnego obrazu, spisu z natury. Za to są symboliczne stany, niematerialne myśli. Zarówno "depresjonista", "zaziębione widoki", "złudzenia" nie mieszczą się w kanonie materiału, przedmiotu. Wrażenie jest budowane przez określniki, a nie rzeczy.
Przedmiotów w tych miniaturach tekstowych jest bardzo mało. Autorka zrezygnowała z nich na rzecz pojęć, wyliczanych składników :
widzą mnie / niedowidzą /
nienawidzą / ja siebie /
o! - doglądam / podglądam /
lepsze mam widoki
[Widzenie].
Tu nie konkretny obraz jest ważny. Czytelnik musi sam sobie - doobrazować - dobudować świat przedstawiony, którego nie ma. A przecież paradoksalnie "są widoki" i jest "widzenie" - czegoś co nie istnieje w rzeczy. Podobnie jest w kolejnych tekstach:
smak życia / odkryć / próbuję / ... gotuję
[Gotuję];
nie godzę się / nie popieram /
samodzielnie wybieram /
ciągle jeszcze się łudzę /
...marudzę
[Marudzę].
A więc wyliczanka elementów, których nie ma, które są tylko pojęciem, które tylko symbolem opowiadają o tym, co może być. Rzeczowniki nie są tu potrzebne:
wypadam z gry ... / nie wypada /
nie grać ... / więc / gram / o szczęście gram
[Gram].
Co to jest szczęście? Autorka niczego nie tłumaczy. To przecież nic innego jak skłonność do dematerializacji, do odrealnienia, obalenia rzeczywistości. Najważniejszy jest koncept, mówienie o ważnych sprawach za pomocą kilku zaledwie słów. Szczególnie podoba mi się:
przesadzam / - na szczęście się nie zgadzam /
pstrzę rozczapierzam dolepiam / pokrzepiam
[Przesadzam ...].
Tekst ten nie zawiera w sobie żadnych informacji. Ma za to świetnie zgrane abstrakty, własne pola znaczeniowe.
Wymienione wiersze, teksty konceptualne (ale nie przeznaczone do kontemplowania, bo nie mają desygnatów rzeczowych), są w "Fastrygach" najlepszym punktem. Podobnie jak manifest autorski zawarty w tekście "Osobowość znaczeń":
wyrażam się / dookolnie /
wokół mnie ciasny krąg znaczeń / rozsadzany podtekstami /
podejrzeniami / za tym się coś musi ukryć spisane blade desygnaty /
osobność zatracona / straty beznadzieje /
zagubione osobowości / znaczeń / szum ...
Czyli w efekcie finalnym mamy tutaj nie sam obraz, nie same dzieło wierszowe, ale jakieś "przed" lub "po" wiersza, jego znak, szum, dookolny wyraz, za którym coś się ukrywa.
Poza tym motyw malarza, płótna, materii obrazu w wierszach Kiełb ścieli się, wije, rozrywa, rozpruwa, nadpęka, a autorka próbuje to jakoś zebrać, sfastrygować. Tytuł więc wydaje się idealny. Nici (w tym te pajęcze), do tego szpilki, igły do fastrygi potrzebne - dopełniają całości.
W posłowiu Jerzy Suchanek pisze: "Trudno tutaj rozdzielać - zgodnie z krytyczno-literackimi "prawidłami" - poetkę od podmiotu lirycznego. Jest z nim zszyta dobrze widoczną fastrygą. Forma nie zasłania treści, literatura - prawdziwych emocji". Rzeczywiście - autorki oderwać od ja lirycznego nie można. To autorka snuje refleksję konceptualną - wątpiąc, kwestionując zastane pojęcia, niczego czytelnikowi nie podając na tacy, a przez to zmuszając go do wzięcia udziału w procesie odbioru. A wziąć udział w tym procesie jak najbardziej warto!
Gąsiorkowe wizje
JERZY GASIOREK dał swojemu nowemu zbiorkowi poezji tytuł "Nie zasłaniaj mi słońca". Rzeczywiście, jest to prośba o możliwość spokojnego, ciepłego życia, zdala od zła i pana ZŁO, który nienawidzi dobra, podstawia mu nogę, przy każdej okazji wyśmiewa opluwa, z lubością prezentuje składowisko połamanych sumień. Ciepłolubna wrażliwość poety rejestruje bowiem tony, cienie, półtony świata ludzi, najczęściej zafascynowanych złem. Ludzi, którzy nie potrafią dostrzec bezdomnego na klatce schodowej
psa z przetrąconą nogą
ptaka co wypadł był z gniazda
dziewczynę ze złamanym sercem.
Boli poetę, to, że dzisiaj wszechobecne płoty stawiane są po to by nie chcieć dostrzec, że za nimi ktoś w biedzie.
Nie dziwi więc bunt podmiotu piszącego i ostre zwracanie się do krzywdzicieli:
Do ciebie mówię zwyrodnialcu
do ciebie nie odwracaj głowy
odpowiedz mi draniu
skąd mimo tak młodego wieku
tyle podłości tyle buty w tobie
jak to możliwe że tak bez powodu
skatować możesz chłopca
co wyszedł z psem na spacer
studenta bo był inaczej ubrany
i nie miał przy sobie papierosa [...]
Okrucieństwo ludzi zadziwia poetę. Nie może pojąć dlaczego człowiek jest tak ułomny
Jeśli o Panie
człowieka stworzyłeś
na podobieństwo swoje
dlaczego jest tak
ułomny i grzeszny
i tak mało do Ciebie podobny.
Dobrze wpisującym się w to zgorszenie człowiekiem i nader ważnym składnikiem konstrukcji lirycznych Gąsiora jest - wojna. Wspominany temat to swoiste cierpienie egzystencjalne, powtarzane i na nowo odczuwane:
Kolejna książka o holocauście ...
to się wydarzyło
kiedy byłem dzieckiem [...]
czy Lecz dobrze że nie będzie pamiętać wojny.
Apokaliptyczna wizja współczesnego człowieka zostaje jednak skontrastowana z pięknem świata. Wciąż twórcy towarzyszy nostalgia i zachwyt. Malarski zachwyt nad cudem natury: Latem w Santoku
chmury Pissara nad polami
zboża dojrzałe
nurzają się w słońcu
jak w obrazach van Gogha
rzeka skrzy się barwami Sisleya
daremnie wypatruję cezannowskie
kąpiące się panny.
Wciąż młody duchem poeta, mimo szóstego krzyżyka w jego kalendarzu, wciąż potrafi się zadziwić tym co zwyczajne, a jednak tak piękne. Fascynują go żywioły wody i ognia, pokazane jednak zawsze przez pryzmat ludzkich uczuć, bo deszcz jest po to by nie móc odgadnąć kiedy ludzie płaczą, a woda to łzy, które głównie z bólu.
Kilka końcowych wierszy w tomie liczącym ich pełną setkę, stanowi autoportretowe wyznanie. Prezentację siebie, bez zbędnego kostiumu i maski.
Z wiekiem
staję się bardziej
łakomy na życie
wciąż mi dnia mało
słońca zadumy piękna
bycia tu i tam
by czegoś doświadczyć
czegoś się nauczyć
i w duszy zatrzymać.
Nikt z czytających nie może się mylić, gdy odszyfruje, że wiersze tego poety są nader szczere i osobiste. Jego prośba najlepiej to obrazuje:
A w przyszłym życiu
uczyń mnie panie ptakiem
bym mógł przemierzać
wody i lądy [...]
uczyń mnie Panie
zwykłym gąsiorkiem
Szczerze tom "Nie zasłaniaj mi słońca" - polecam!
Osobiste sprawy Adama Korzeniowskiego
Rzadko można wziąć do ręki świetny tomik, a jeszcze rzadziej zetknąć się ze zbiorem wierszy z czternastoletniego okresu twórczości. Tym bardziej, że autor nie jest przedstawicielem podtrzymywanego nadal "romantycznego" ideału poety w postaci neurastenicznego smarkacza o wybujałym ego. To człowiek dojrzały, który "hoduje dzikość swoich włosów", choć wiele w życiu już przeżył.
"Wiersze osobiste" ADAMA KORZENIOWSKIEGO są w pierwszym rzędzie próbą ukazania najważniejszych wydarzeń w dziejach jego duszy. Pytanie, czym są te wydarzenia? Czy rządzi nimi zwykły, linearny porządek czasowy, czy też jakiś odrębny, inny ład, wyznaczony osobistą wrażliwością?
Gdy Korzeniowski otwiera tomik słowami:
"Właśnie kruszył się poranek
Gdy dwa białe łabędzie ze świstem przecięły szachownicę
miasta
Czy były znakiem od Boga, czy tylko pomyliły bajki?",
to odczuwam po prostu zadowolenie i wiem, że podróż po następnych wierszach będzie zmaganiem się z odkrywaniem znaczeń. Kolejne utwory budują atmosferę krajobrazowości połączonej z szukaniem prawdy o życiu człowieka. "Gdy cicho śpiewa muszla i milczy kamień" (s.6) w tych słowach widać umiejętność autora w dobieraniu ładnych frazeologizmów, trafnych słów, by zobrazować klimat chwili. Ale nie jest owa estetyzacja najważniejszą. Liczy się "ja" autora, jego przemyślenia, jego osobowość. Nie dziwi więc tytuł "Wiersze osobiste", bo takimi one właśnie są. Twierdzeń w pierwszej osobie jest w tym tomiku wiele: "Ja w abstrakcyjne teorie nie wierzę" (s. 8), "chcę stanąć w pełnym mroku" (s. 6), "nie o to mi chodzi" (s. 9), "mógłbym opowiedzieć ci" (s. 13), "a teraz mówię kocham" (s.15). Prawie każdy wiersz zawiera myśl li tylko osobistą i to w tych wierszach urzeka.
Wracając jeszcze do pytania o przedstawiane w treści wydarzenia, to każde z nich przybliża odbiorcy postać autora, który pokochał żonę, przeżył ciężką chorobę: "Dwa razy starłem z oczu oddech śmierci" (s.23), pożegnał teścia, ojca, przyjaciół, opuścił Wrocław. Poznajemy jego życie i to co kocha, a zwłaszcza przyrodę, o której pisze bardzo dużo. Motywem wielokrotnie powtarzanym są ptaki: "głos dzikich gęsi" (s.29), "stadko śnieżnobiałych gęsi" (s.13), "jak tego gołębia na poboczu drogi" (s.20) czy "sikorki na oknie" (s.30). Pan od przyrody kocha naturę. Z czułością i męskim zachwytem patrzy na nasz świat, ucząc tego szkolną młodzież.
Nie mogę ukryć przed czytelnikiem tego tekstu, że od ponad półtora roku znam osobiście Adama Korzeniowskiego (wspólna praca w jednej placówce szkolnej), i chyba nie przesadzę mówiąc, że w pewien sposób zaprzyjaźniliśmy się. Co jeszcze ciekawsze, to fakt, że autor zamieścił w omawianym tomiku wiersz skierowany do mojego ulubionego zagranicznego poety Walta Whitmana. I już za to choćby cenię sobie ten tomik. Zachęcając do czytania wierszy obu poetów, zakończę słowami tego sprzed ponad stu laty:
"Poeci, którzy nadejdziecie! Mówcy, śpiewacy, muzycy
przyszłości![...]
Wam zostawiając trudy dowodu i definicji;
Tego co najważniejsze, oczekując od was" (Walt Whitman).
©
Jestem kobietą o rozumie kubusia puchatka...
Książka Teresy Borkowskiej pt. "Pamiętam" jest - książką. Chcę podkreślić, że nie tomem poezji, a właśnie książką. Jest jedną z tych książek, którymi wydawcy zalewają nasz kraj, a w których czytelnik jest traktowany po macoszemu - jako nieoczytany, nie mający gustu poetyckiego "pożeracz słowa". Nie lubię takich książek. Oczywiście nie o moje upodobania tutaj chodzi, gdyż mam ocenić wiersze Borkowskiej obiektywnie. Zacznę więc od tego, że w momencie gdy więcej ludzi pisze niż czyta, autor powinien dążyć do pewnej indywidualizacji swojej wypowiedzi. Objawia się to przede wszystkim w poezji poprzez oryginalne metafory, charakterystyczną budowę, osobisty, nietuzinkowy sposób obrazowania. Tego w wierszach Borkowskiej nie ma. Za to jest banalne pisanie o duszy w kilku kolejnych wierszach (s. 10, 12, 13, 27) powiedziałam ci o mojej miłości prosto z duszy; pisanie o nadziei (s. 29,30,32), o sercu, zdradzie; jest bardzo proste, odkrywające wszystko podejście do tematu erotyki jak wąż wślizgujesz się we mnie miłosną pieszczotą/jak wulkan wybucham gorącą lawą wśród wilgotnych ud. Tak zwana kawa na ławę, a ty czytelniku wzruszaj się i nie czuj niesmaku.
Owszem w książce występuje sporo nawiązań do mitologii, do archetypicznych mitów, do postaci Penelopy, Odysa, Tantala, Zeusa, Hery, Orfeusza, Eurydyki, Ariadny, Tezeusza, Dafne. Zamykającym te nawiązania są słowa wiersza: czytam starożytne mity i z jakiejkolwiek strony bym podeszła to jako żywo odnoszę porażające wrażenie/że bogowie i boginie herosi i nimfy harpie i inne indywidua to cali my. Jak najbardziej tak, przecież taka jest właśnie wymowa mitologii i tego uczy się dzieci w piątej klasie szkoły podstawowej. Czy trzeba aż dojrzałej kobiety, by tę prawdę zaakceptować? Chyba, że przyjmie się za prawdziwe słowa jakie (i tu jest jeden wielki plus dla autorki - umiejętność żartowania z samej siebie i podejście z dystansem - to wielki dar), padają w książce: dochodzę do wniosku że jednak jestem kobietą o rozumie kubusia puchatka/ być może pozostanę nią na zawsze.
Od tego trzeba było rozpocząć. Czytelnik inaczej by do owej książki podszedł, wiedziałby że to zabawa, że konwencja odbioru tej książki jako poezji nie ma tutaj miejsca. Ale słowa te padają na końcu, gdy prawie trudno już dotrzeć do tego miejsca. Trudno po wielkim znudzeniu treścią. Zdecydowanie wiersz ostatni powinien być na stronie pierwszej. Wiele by czytelnikowi wyjaśnił:
dziwo mową dorosłego
zagaduję Bartusia
a ten mały brzdąc
patrząc na mnie poważnie
najzwyczajniej w świecie mówi
głupotki opowiadasz
co to są głupotki
pytam rozbawiona
głupotki to głupotki
i tyle
koniec międzypokoleniowej rozmowy
to dziecko otwiera mi oczywiście
czuję wstyd
Tekst bardzo wymowny. Nie umiem nic więcej na ten temat powiedzieć, za jednym wyjątkiem - wspaniałe ilustracje posiada ta książka. Wykonał je utalentowany grafik Bogusław Jagiełło.

|
|